Jak to mówią, pierwsza myśl jest zawsze najlepsza. Nie ulegało wątpliwości, że te ręce znały moździerz. Należały do samego Alastora, a Maedan przyjęła tę wiadomość z niemałym szokiem. Po wyjaśnieniach, które w tej sytuacji, jak w żadnej innej były bardzo na miejscu, Alastor wydobył swoją lampę naftową i oświetlił chociaż ten skromny kawałek pola widzenia i zaczął opowiadać. Ale nie szło mu tak dobrze, jak zawsze, trochę się plątał i okazało się, że gdy nie zastała go na targu, znalazł się w położeniu, jakiego za nic by się nie domyśliła. Otóż Alastor nie pojawił się w zwykłym miejscu, bo po prostu nie mógł - jedyne drzwi chaty "zatrzasnęły się". Nie byłoby w tym nic osobliwego, tyle, że to nie był jedyny element, że tak to nazwijmy, stanu faktycznego. Starzec nie tracąc spokoju najzwyczajniej czekał na kogoś, kto przyszedłby go szukać i zobaczył, że drzwi złośliwością rzeczy martwych trzymają go wewnątrz. Tak, ktoś, kto by pomógł na pewno by się przydał.Po prostu posiedzi i poczeka, nie ma pośpiechu - był w końcu jedną z ważniejszych "osobistości". Naturalne było, że w pewnym momencie chciał się ogrzać - rozpalił palenisko. Normalna, codzienna czynność. Kto by przypuszczał...
Właśnie to miało być gwoździem do jego trumny. Miało, ale nie było.
Bliżej nieokreślony osobnik dał świadectwo swej nieograniczonej pazerności.
Do otworu w dachu bezczelnie nawtykano czegoś, co skutecznie zablokowało upływ trującego dymu. Nieświadomy niczego Alastor rozsiadł się na worku, służącemu jednocześnie za fotel i magazyn półproduktów do uzdrawiających mikstur. Zaczął przeglądać stare receptury, co robił tylko w czasie bezbrzeżnego morza nudy. Zobaczył, że coś jest nie tak, gdy staranne litery zaczęły robić się dziwnie mętne. Dopiero wtedy zobaczył, że przy suficie zgromadziła się chmura duszącego dymu, który powodował swąd nie do wytrzymania. Kiedy owładnęła go lekka panika, uderzyła go myśl o schowanej na drugim końcu pokoju siekierze. Po co ona tam była? Nie pamiętał, ale co za różnica? Dusząc się dymem, jak najszybciej ją złapał a po chwili odłamki szkła pryskały we wszystkie strony, odbijając się we wszystkie strony od twarzy starca zapobiegliwie owiniętej krochmaloną chustą. Przed ucieczką zdążył zabrać woreczek z najważniejszymi ziołami, a zrobił to z czystego przyzwyczajenia, bo zawsze miał go obok.
Prawdopodobnie ocaliło mu o życie, bo zaczerpnąwszy świeżego powietrza chciał pójść do strażników i zgłosić tej incydent, ale oni już byli u drzwi. Stali obok wejścia do chaty z groźnie wyglądającym rodzajem broni, której jeszcze nigdy nie widział, a mimo to nie miał ochoty posmakować jej ostrza czy co tam miała. Wyglądała co najmniej nieciekawie.
Co jak co, ale ostrze z bajerami mówiło samo za siebie. Więc staruszek, zręcznie otworzywszy sakiewkę, dobył garść gryzącego proszku, sypnął prosto w oczy strażników, jak umiał najcelniej i wykrzyknął:
- Z taką krajalnicą na dziadka?! - nie powstrzymał się od dodania zaczepnej nutki. Ale bądźmy realistami - pomyślał sobie i upoiwszy się upokorzeniem strażników, postarał się o najwyższą prędkość, jaką serwowały mu stare stawy. Usłyszał jeszcze trchę wyrwane z kontekstu Przepraszam!
Co tak maloooo...
OdpowiedzUsuń