Opowiadanie siódme

(Trochę wyjaśnień - moja gmina, czyli Kobiele Wielkie, to miejsce urodzenia polskiego noblisty , Władysława Reymonta. W szkole organizowane jest sporo konkursów o tematyce właśnie reymontowskiej, w tym konkurs literacki "Kobiele Wielkie - moja mała ojczyzna". Miał on bardzo luźną formę, w regulaminie mało co było określone. Więc ograniczana jedynie regulaminowymi trzema stronami A4, wybrałam opowiadanie. No dobra, niby Reymont tylko się tutaj urodził, w rzeczywistości nigdy go tu nie było, ale dlaczego tak miałoby być na stronach mojej pracy?)
***

Pisarz już od dłuższego czasu przebywał w podróży, która nie sprzyjała spełnianiu pisarskich obowiązków - przeżywał zastój, od kilku tygodni nie napisał ani strony. Podróż jednak powoli miała się ku końcowi. Na początku, gdy dumnie obwieścił zamiar podróży wszystkim w domu obecnym, inaczej sobie to wyobrażał. Bo i początkowe plany malowały się przed nim potężne - zwiedzić kolebkę swego rodu, zagłębić się w historię odległej familii - szlachetny cel.
W rzeczywistości jednak "zwiedzał" kolejną z rzędu zapadłą wieś. Jeżeli w ogóle zwiedzaniem można to nazwać. Spoglądał na krajobrazy, w istocie piękne, ale one zwyczajnie nić mu nie mówiły, były bez znaczenia, jakich wiele. Na wielu ciekawych krewnych jakoś też nie było mu dane napotkać.

Po chwili mijając dużą tablicę z napisem " Kobiele Wielkie" tylko na nią spojrzał, lekko z ukosa i ziewnął przeciągle. "Dobrze, że to już ostatni przystanek", pomyślał.. Ach, te sławetne Kobiele, w początkowym zamyśle miejsce swego urodzenia pozostawił na koniec, niby wisienkę na torcie. Chociaż do niedawna na poważnie rozważał tchórzowskie pominięcie gwoździa programu, ale w tym momencie głupio byłoby rezygnować. Z resztą, kto wie? Może ostatnia wioska okaże się inna niż dotychczasowe cele podróży?

Z tymi i podobnymi myślami w głowie oraz  hasłem "co mam do stracenia" na ustach przekroczył granicę kolejnej miejscowości. Łatwo załatwił jakiś nieduży pokoik i wyszedł na powietrze.

Szybkie rozeznanie - na wstępie uznał, że w tym miejscu, tym powietrzu chyba jednak krąży coś magicznego. Tym swoim klimatem nawet nie wiele różni się od Lipiec*, wsi, której poświęcił swą najlepszą książkę.

Wspomniany dworek niedaleko poniższej ławeczki ;)
Parę metrów dalej stał sobie dworek, a wokół dworku przycupnięte, małe ławeczki. Zanim przejdzie się dalej uznał, że odpocznie sobie na jednej z nich. Z tej perspektywy mógł podziwiać niezwykły, trójpoziomowy obraz - z góry nisko zwieszały się gałęzie, hojnie obwieszone tysiącami drobnych, nieziemsko pachnących kwiatków. Niżej pas nieba, oddzielający od białych kwiatów połacie zieleni. Niebo nie było bezchmurne, jedynie lekko zawoalowane strzępami chmurek z rodzaju cirrus. Pięknie się komponowały ze wspomnianą zielenią wschodzących zbóż i łąk, które z kolei upstrzone były kształtami krów pasących się w oddali. Wziął jeszcze głęboki oddech chłonąc to powietrze, takie jedyne w swoim rodzaju.

Ławeczka, wykonana w jakiś taki ergonomiczny sposób po długiej podróży wydała się cenniejsza ponad wszystko. Dziwne, do tej pory w ogóle nie czuł się zmęczony... Widok był zachwycający, aż pisarz czuł się zaszczycony mogąc go podziwiać, nie robił tego jednak, gdyż powieki stały się nagle takie ciężkie, same osuwały się na oczy i spowijały krajobraz czerwoną mgiełką. Czuł na twarzy powiew ciepłego wiatru niosącego ze sobą zapachy tego miejsca. Słyszał ptaki, rozmaitość różnych ich gatunków i żałował, że nikt nie nauczył go ich rozpoznawać. Uszu dochodził jeszcze delikatny szelest liści. Oprócz tego...

Jakby bieg psa? Tak, w oddali biegł sobie jakiś pies, poznał bez otwierania oczu.

Rozparł się wygodniej na ławce i zapadł w drzemkę, podczas gdy cień rzucany przez kwitnące drzewo wędrował po ziemi powoli przesuwając się za słońcem. Pełznął nieustępliwie, aż pozostawił śpiącego na łaskę i niełaskę słońca w południe.

Ławeczka Reymonta w Kobielach. Może na niej wtedy siedział? ;)
Czarna marynarka wcześniej zdążyła się nieco nagrzać, nie mówiąc o czarnych spodniach do kompletu. Ręka obwisła, głowa opadła i już twórca powieści wyglądał jak jaszczurka wygrzewająca połyskującą skórę w promieniach. Gdyby teraz się obudził, niewątpliwie zaczęłyby mu przeszkadzać załamania w oparciu wprawną ręką wyrzeźbione w kształt naturalnych krzywizn kręgosłupa ludzkiego.

Tymczasem stary, miejscowy pies kończył właśnie obchodzić swoje podwórko, za które pojmował całą okolicę, jaką był w stanie obiec w ciągu jednego dnia. Spostrzegł przybysza, z natury przyjaźnie nastawiony chciał się tylko przywitać. Ale psy mają do ludzi dobrą pamięć...

-Pociąg? - wymamrotał mężczyzna. Jeszcze częściowo był w świecie snu. I to jakiego - śniły mu się najwspanialsze wakacje, jakie pamiętał. Było to gdzieś na wsi, miejscowości nie pamiętał. I pies, którego przygarnął wtedy ze stacji kolejowej. Nazwał go Pociąg, bo był gruby i zawsze błąkał się przy pustych wagonach. Ale skąd... Zamrugał zdezorientowany.Te wakacje, to miejsce jest niemal identyczne. Albo i nawet tak samo...

-Pociąg! - tak, to przecież na pewno Pociąg, tyle, że stary, wychudzony i ze splątanym futrem. No przecież to ta ławka, i widok! Czyli wtedy tutaj był, w to właśnie lato, całe wieki temu. Wspomnienia uderzyły z siłą dobrze wymierzonego policzka. Albo to był ogon łaszącego się z radości Pociąga. "To tu jest moja ojczyzna" - pomyślał jeszcze, zanim zaczął przetrząsać kieszenie marynarki. "Napiszę... Tylko gdzie ja to miałem?"

Zawsze nosił ze sobą w kieszeni jakieś kartki i pióro, bo często się przydawały w chwilach nagłego natchnienia poza domem. Ostatnio długo leżały odłogiem, ale to miejsce, wspomnienia albo jakaś magia odblokowały pewne trybiki w jego umyśle - znowu pisał. Zaczął kreślić staranne znaki opierając kartkę na desce ławki jednocześnie próbując drugą ręką głaskać Pociąga. Przedtem jednak, jak zawsze, podpisał się w prawym górnym rogu:

Władysław Reymont



*Lipce Reymontowskie - miejsce akcji Chłopów Reymonta

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz