Opowiadanie pierwsze

Amy Sharon zrywała truskawki. Wielkie, czerwone, truskawki wielkości pięści dziecka. Zapełniała drugi przepastny wiklinowy kosz tymi owocami, ale grządka nie kończyła się. Za chwilę weźmie się za buraki. Były równie dorodne, co truskawki. Spróbowała jednej, a jej smak był nie do opisania. Pstryknęła palcami, a obok niej zmaterializowała się dziewczynka. w skromnej, białej sukience. "Zmaterializowała" to złe określenie, gdyż służebna bezimienna dziewczynka nie była żadną pozaziemską istotą ani jej rodzajem - była po prostu dobrze wyszkoloną służącą. Cichego chodu, przewidywania potrzeb pani lub pana domu uczyła się prawie od urodzenia. Nie rozumiała, dlaczego Pani Sharon nie chce pomocy w obrządzaniu ogródka, choć Pani mówiła - "to dla przyjemności. Nie martw się, mam dla ciebie masę innych zadań" - nie omieszkała uszczypliwie dodać na końcu zdania. Ale dziewczynka nie zważała na nieuprzejmy ton w głosie. Było to czymś całkowicie naturalnym, bo przecież wystarczająco przewiniła w ogóle podważając jej decyzję.

Amy podniosła się z klęczek i otrzepała z ziemi jedwabne spodnie. Endorfiny zaczynały działać - humor jej się poprawiał. Pogoda była idealna - temperatura powietrza oscylująca w granicach 25 - 30 stopni, lekkie, ożywcze podmuchy wiatru, a na niebie żadnej chmurki. No, może za wyjątkiem samotnego cumulonimbusa, zwiastującego odległą burzę lub deszcz. Ale to był niezbyt zwracający uwagę szczegół, którym postanowiła się nie przejmować. Bez znaczenia, skoro na razie nie pada.
Trzeba się z tego cieszyć - myślała Amy powracając do pracy. Kazała małej odnieść kosze (nadzwyczaj lekkie, jeśli mieć na uwadze stopień zapełnienia) i postawić w przestronnym hallu jej willi.

 Postanowiła popracować jeszcze chwilę, by wykorzystać pogodę w stu procentach. Przywdziewając rękawiczki spoglądała na siedemdziesięcioletnią jabłoń ocieniającą najwidoczniej tak samo starą ławkę z obdrapaną farbą w kolorze szarawej bieli. Z wiekowego drzewa zwieszały się owoce. Ogromne, szkarłatne, krwisto-złote jabłka uginały swoim ciężarem omszałe konary. Drzewo zdawało się ledwo trzymać pod naporem słodkiego dobra, aż serce się krajało, gdy Amy pomyślała, że strącone burzą owoce mogą spaść na ziemię i poobtłukiwać szlachetne wnętrze. Postanowiła ulżyć drzewu i poleciła innym służącym pozrywać tyle jabłek, ile uniosą ( a była pewna, że to nie będą wszystkie) i poznosiły do hallu. Już miała powracać do pracy, gdy kątem oka dostrzegła, że cumulonimbus przybrał dziwną barwę. I że już nie był taki samotny...

Od zachodu spiętrzały się biało-granatowe obłoki, zdawało się, że zaraz coś rozerwie tamtą część nieba, że chmury posypią się deszczem - milionami mokrych kawałków. "No nic, koniec pogody" - pomyślała ze stoickim spokojem. Pierwsze pioruny już atakowały ziemię nieopodal zabójczymi ładunkami elektryczności os zachodu. Dziewczynki uciekły w popłochu w kierunku domu.
- Głupie! A kto zaniesie kosze? - krzyczała za nimi, ale i tak musiała sama wziąć się za przenoszenie nadwątlonej wikliny wraz z jadalną zawartością. Przez jej głowę przemknęła myśl, krótka i przelotna, a jakże wyświechtana, że wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, Istotnie, pogoda z tak pięknej znów powróci do londyńskiej normy, zwykłej, szaro – brudno – błotnisto - zimnej pluchy, tak typowej dla tej części świata. "Ejże, a skąd na obrzeżach Londynu to miejsce? A ta pogoda?... Co się dzieje i co to ma w ogóle być!?" - pytała samą siebie na głos, lecz odpowiedział jej tylko ryk nadciągającej nawałnicy, która pojawiwszy się znikąd, nacierała teraz nań z całą mocą. Komórka burzowa powiększała się w zastraszającym tempie, Amy straciła już nadzieję na to, że zdąży uciec nieubłaganej pogodzie. Pierwsze krople już zaznaczyły swoją obecność na jej pieczołowicie układanych kasztanowych włosach długości do ramion, a przejmujący chłód sprawił, że grabiały jej palce z paznokciami "zrobionymi" u kosmetyczki za niebotyczną sumę. I dlaczego w ogóle pracuje w ogrodzie? W jedwabnych, nowiutkich spodniach od projektanta, manicurem i z ułożonymi włosami? Amy Sharon, szanująca się bizneswoman z willi z peryferii Londynu?

Ale nie było czasu na jałowe przemyślenia, gdyż piorun, uderzywszy niebezpiecznie blisko, rozpoczynał demonstrację sił natury. Amy przygotowała się mentalnie na to, co miało nieuchronnie nadejść , już była gotowa na zmiecenie z powierzchni ziemi przez huragan, potężny wiatr niosący ze sobą masę pyłu i piasku. Pylista chmura zbliżała się do pani Sharon, nie zważając na światowej klasy bizneswoman, czołową osobistość świata biznesu. Nie, to już nie miało znaczenia. Śmierć nie patrzy na status społeczny, stan majątkowy i inne duperele świata materialnego. Dosięga wszystkich tak samo i bezwzględnie.

Żona Gustava Sharona nigdy wcześniej nie podejrzewała, że zobaczy coś przeczącego wszelkim prawom fizyki i zdrowemu rozsądkowi, była zagorzałą realistką i sceptyczką, a jedynymi poglądami, niemal religią, jaką wyznawała były pieniądze i statystyki. Jednak gdzieś musiało jej być pisane taką rzecz zobaczyć. Oto huraganowa chmura pyłu, piasku, odłamków i Bóg wie czego jeszcze, pędzona wiatrem, ku zdziwieniu niedoszłej ofiary, zaczęła formować nad nią kopułę. Owszem, poruszała się nadal tak samo, z tą samą prędkością i niszczycielską mocą, ale nie imała się fosforyzującej czerwonawym blaskiem kopuły, niby dachu ocalenia od pożogi, obejmującym jedynie delikwentkę, stare drzewo, i kosz jabłek. Ławki nie było. W tamtej chwili wydawało się, że wszystko poza obiektami w cudownej czaszy zostało doszczętnie zdegradowane. W takiej sytuacji większość ludzi miałaby konkretne powody do załamania, między innymi: hipotetyczny koniec świata czy uwięzienie w niewiadomego pochodzenia bańce z zapasem jabłek. I robakiem. Z jabłka.

Ale Amy nie była większością ludzi. Była po prostu egoistką na potęgę, a w zaistniałej sytuacji dostrzegła jedynie pozytywy - a właściwie jeden - żyję. Nic innego nie miało w tamtej chwili znaczenia - tylko własny żywot cudem ocalały od huraganu. Chciała skakać z radości, krzyczeć i ogłosić to całemu światu. Tyle, że on już niestety nie istniał. Tylko ona i zmurszałe drzewo. Był jeszcze jeden problem - a mianowicie - odkryła, że nie może się ruszać. Zastygła więc w idiotycznym uśmiechu i wysoko uniesionymi w geście zdziwienia brwiami koloru mahoniowego brązu. Najmodniejsze w tym sezonie. Ale co z tego, że ma się mahoniowe brwi, piękne paznokcie i wypielęgnowane włosy, poddawane co rusz najnowszym zabiegom upiększającym, jeśli sterczy się w fosforyzującej bańce po końcu świata i nie można nawet kiwnąć palcem? Jakie to uczucie? My pewnie nigdy się nie dowiemy, bowiem nie na co dzień można się znaleźć w tak pożałowania godnej sytuacji, ale Amy Sharon wiedziała to aż za dobrze, gdyż pierwsza fala iście egoistycznej radości ustąpiła zimnemu realizmowi, który u niej przybrał formę ostrego spaczenia zawodowego. Zapewne gdyby teraz zobaczył ją ktoś z dosyć licznego zastępu osób, które oszukała, poczułby chłodną satysfakcję. Mówię tutaj o tym rodzaju satysfakcji, do którego wstyd się przyznać, aczkolwiek nie ma osoby, która nie czułaby jej chociaż raz w życiu. Ale Amy nie było do śmiechu. Gdyby mogła, wyciągnęłaby telefon, którego ciężar przecież czuła w tylnej kieszeni i spróbowała zadzwonić po pomoc. Tak, na pewno spróbowałaby sprowadzić pomoc. Co jednak, gdyby słuchawka odpowiedziała tylko głuchym sygnałem oczekiwania? Co wtedy by zrobiła? Jednak nie musiała się nad tym zastanawiać, bo nowiutki, choć teraz bezużyteczny Iphone nieustępliwie i uparcie pozostawał  w jednym miejscu.

Powoli zaczynały już jej tężeć mięśnie i na twarz i plecy zaczynały spływać pierwsze kropelki potu. Nic dziwnego, ile już tam stała? godzinę, dwie? Była przerażona już nie na żarty. Ale sytuacja za chwilę miała zmienić swój charakter na nieco bardziej dynamiczny. Niestety, nie będzie to zmiana na lepsze.

Robaki. Pełno robaków. Zaczęło się od jednego, jak gdyby nigdy nic  por prostu w którymś momencie wypełznął z jabłka w koszu. Potem poczęły wyłazić zewsząd, z pnia drzewa, jego liści a nawet z ziemi. Robactwo różnej maści, od malutkich pcheł i pluskiew niewinnie łaskoczących ciało, przez skolopendry i mrówki aż do wszelkiego rodzaju glizd i dżdżownic różnych rozmiarów. Mnożyły się w niewyobrażalnym tempie, za szybkim jak na stworzenia tego świata. Najgorsze były te latające, szczękające twardymi pokrywami skrzydeł, niby pancerzami. Chitynowe pancerze, skrzydła i oślizgłe ciała - to było to, czego pani Sharon bała się najbardziej. Powoli wypełniały każdy z niewielu metrów kwadratowych przestrzeni uchronionej od końca świata, tylko patrzeć, jak dostaną się do uszu, nosa, gardła... Te najcięższe spadały z drzewa, nieszczęśliwie usytuowanego nad nieszczęśnicą, niby ohydny deszcz, a kiedy pojawiły się te...
Otworzyła oczy, cała zlana potem. Jedwabna pościel była pomięta w cały świat, nie mówiąc już o drogiej koszuli nocnej z czystego alabastru. Już wiedziała, co ją obudziło.
Axel, biały jak śnieg maltańczyk, z donośnym, jak na te rozmiary głosem. Ulubiona rasa pani domu. Pies niemalże ją ubóstwiał, przychodził na każde zawołanie, wykonywał wszystkie komendy. Z wzajemnością z resztą, gdyż Amy wszystko, co działo się w domu podporządkowywała pieskowi.

Musiało być późno, bo miska psa oraz wszystkie przedmioty w jej okolicy były porozrzucane i powywracane. Zapewne rozpieszczone zwierzę zdążyło porządnie zgłodnieć, więc postanowiło dać to do zrozumienia swojej pani. A skoro jedzenie nie nadchodziło, postanowił obudzić właścicielkę.

Rzeczona właścicielka tylko psy kochała bardziej od pieniędzy. O maltańczyku marzyła od zawsze, a jak wiedzą wszyscy, którzy ją znają - zawsze dostaje to, co chce. Dopięła więc swego w dzień, kiedy go przygarnęła. Teraz jej uczucie do psa wzrosło minimum dwukrotnie po tym, jak obudził ją z tego snu, który jak mniemała, będzie pamiętać do końca życia jako najgorszy.

Napełniając kosztowną miskę po uprzednim jej wytarciu z niewidzialnych brudów podłogi, myślała o koszmarze zeszłej nocy. Zastanowiła się, jak głupi sen może być taki realistyczny. Była tak dogłębnie i święcie przekonana, że ogródek, jabłoń i luksusowa willa należą do niej. To ostatnie akurat należało, choć nieco inne niż we śnie. Może zakończenie snu było swoistą karą za pożądanie tego wszystkiego? Jakby najpierw została skuszona na bogactwo, a potem za to osądzona. Jednego była pewna - nie chce, by tego typu marzenie senne jeszcze choć raz się powtórzyło. Trzeba wrócić do codzienności, tej zwykłej, szarej i jakże znajomej londyńskiej szarości mgły i mżawki. Postanowiła nie iść tego dnia do pracy, i tak była już spóźniona o pół godziny, a zanim by się przygotowała, minęłoby też sporo czasu. Dodać do tego czas na dojazd... Nie, wolała wyjść na cały dzień do centrum handlowego, odstresować się. W końcu była ulubienicą szefa, na pewno nie będzie miał jej za złe tej jednodniowej nieobecności, gdy zadzwoni do niego i wystosuje odpowiednią wymówkę. Zaczęła się ubierać, ale podczas wciągania bawełnianej koszuli w etniczne hafty doszła do wniosku, że jednak lepszym pomysłem będzie SPA. W końcu nie codziennie doświadcza się we śnie paraliżu sennego. Z resztą ubrań i wszelkiego rodzaju fatałaszków miała już pełną szafę. Mebel uginał się od ubrań na wszystkie okazje. Mąż prawie codziennie powtarzał jej, aby chociaż część sprzedała, ale tak trudni było z czegokolwiek zrezygnować. Teraz pieniądze zamiast w odzienie wolała zainwestować w urodę. A w końcu miała czym szastać. Dodać do tego jeszcze, że w SPA nie spodziewała się spotkać żadnej z niższej klasy wścibskich pseudo-koleżanek z pracy. W jej opinii żadna nie wyglądała, jakby choć raz tam była.

Do celu miała kawał drogi, a wyświechtane BMW państwa Sharon spoczywało u mechanika. Musiała więc zdecydować się na autobus z przesiadkami. Nie była fanką komunikacji miejskiej, preferowała swoje, niemal sterylnie czyste auto, w którym drobiny kurzu czy innego brudu nie uświadczysz. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Przywdziawszy spodnie (do których miała lekki uraz związany z doświadczeniami podczas poprzedniego pamiętnego snu) i koszulę w etniczne hafty Amy wyszła z domu wyjątkowo zapominając o nakarmieniu psa. Czworonóg jednak dobre wiedział, gdzie jego pani trzyma jedzenie, więc można było się domyślić, a nawet być pewnym, że zwierzaka nie zmorzy głód, a właścicielka nie będzie zadowolona skutkami wymuszonej samowystarczalności psa w zakresie zdobywania pożywienia. Jednym słowem: sam postara się o jedzenie nie zważając swoim zwyczajem na to, w jakim pozostawi szafki oraz ich zawartość.

Na autobus poczekała jeszcze kilka minut, po czym na czerwony londyński przystanek zajechał double decker w tym samym kolorze. Wsiadła i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Autobus był okropnie zatłoczony, więc musiała stać pomiędzy jakimś nieświeżo wyglądającym otyłym mężczyzną a żulikiem, którego znała z pobliskiego parku. Ten fakt niezbyt przypadł jej do gustu, jeśli wziąć pod uwagę jej zawyżone mniemanie o własnej osobie. W końcu była szanującą się bizneswoman, gdyby któraś z koleżanek ją zobaczyła w takiej sytuacji, zapadłaby się pod ziemię. W końcu ścisk trochę się rozluźnił, mogła więc usiąść na miejscu obok. Nie omieszkała przy tym "niechcący" nadepnąć obcasem chłopaka, który przed chwilą nieopatrznym ruchem zarysował czubek jej nowiutkiego czółenka w karminowym kolorze ubłoconym buciorem. Usiadłszy, położyła pokaźnych rozmiarów torebkę typu kuferek na sąsiednim siedzeniu i zaczęła wpatrywać się w znajome widoki za oknem. Dwa przystanki przed jej stacją docelową wsiadło dwóch kontrolerów. Dało się słyszeć zbiorowe westchnienie i odgłosy gorączkowego przeszukiwania torebek oraz kieszeni w poszukiwaniu biletów. Przecież nie mam biletu! przemknęło je przez głowę i na chwilę sparaliżował ją ten rodzaj strachu, który chyba każdy odczułby w takiej sytuacji. Ten kilkusekundowy, acz lekko porażający.

 Przysadzisty kontroler o włosach przyprószonych siwizną był już dwa siedzenia od niej. Okazał się miłym mężczyzną, z prawie każdym z pasażerów wymienia kilka zdań na błahe tematy, zakrawających na przyjacielską pogawędkę. Może to takie spaczenie zawodowe, że gdy co dzień widzi się tylu ludzi i każdym poniekąd musi się zająć każdego zaczyna utożsamiać z kimś znajomym? Ale to chyba wiedział tylko on. W każdym razie tak to wyglądało. Gdy facet znalazł się zaledwie dwa siedzenia od niej zaczęła się uspokajać, a gdy stanął nad nią, teraz przytłaczająco wysoki (przed chwilą wydawał się niższy...) grzecznie i najlepiej, jak umiała wyjaśniła, iż biletu nie posiada, dała kanarowi dowód osobisty i spokojnie czekała. Jednakże spokój był tylko pozorny. Pod maską stoickiego  zrównoważenia, godnego antycznych myślicieli, skrywała kryło się idealnie wręcz maskowane  upokorzenie i chęć zniknięcia z tego miejsca. Hah, teraz na pewno plebs myśli, że ot - wielka damulka, a nie stać na bilet. Nie mogłam raz zostać w domu?! Tak bardzo chciałabym być teraz w innym miejscu! rozpaczała w głębi myśli. Te rozważania były w dużej części prawdą. Czuła na sobie palące spojrzenia ludzi, których twarzy nawet nie kojarzyła, bo i skąd? Z resztą wcale nie chciała. Czuła się od nich lepsza pod każdym względem, ale prawda była taka, że myliła się okropnie. Tak naprawdę od nikogo nie była lepsza.

Zupełnie niespodziewanie, nieprzyjemne mrowienie na karku sygnalizujące świdrujące spojrzenia ustało. Wyraz lekkiego zdziwienia na twarzy Amy raptownie ustąpił uldze, która rozpłynęła się po ciele niczym ciekły miód. Po chwili odważyła się odwrócić głowę. Rzeczywiście, nikt już nie kierował na nią oczu. Uczucie ulgi znacznie wzrosło, zwłaszcza, że nie tylko nikt nie zwracał na nią uwagi, ale widocznie próbowali przebić spojrzeniem KOGOŚ INNEGO. Tym nieszczęśnikiem w centrum uwagi był szczupły mężczyzna w skórzanej kurtce, znoszonych jeansach i ciężkich nutach. Przez plecy miał przewieszoną skosem czarną biodrówkę. Nosił włosy krótko przystrzyżone bez zbędnych ozdobników w postaci żelu czy innych dupereli. Całość dopełniała kościany kolczyk w jednym uchu. Tak, on także nie miał biletu.

W tej samej chwili do double deckera pospiesznie wbiegł drugi kanar. Poznała go po identycznym uniformie, on jednak wszystkim, oprócz stroju różnił się od pierwszego. Był wysoki i młody, lecz bynajmniej nie urodziwy. Jego wzrost wstępnie oceniła na metr dziewięćdziesiąt, a rude loki bezładnie opadały na wysokie czoło, który podobnie, jak reszta twarzy pokryta była piegami. Plecy miał zgarbione, czemu nie można było się dziwić patrząc na nieprzeciętny wzrost. Wyraz twarzy lekko skwaszony. Nic dziwnego, spóźnił się do pracy.
- Dzień dobry - rzucił burkliwie do kierowcy i nie spojrzawszy nawet na żadnego z pasażerów szybki krokiem podszedł do pierwszego kontrolera. Spytał:
- No, Gustav, masz kogoś? - w jego głosie zabrzmiała sympatia do kolegi, więc może nie był taki, na jakiego wyglądał a Amy troszkę wzdrygnęła się na dźwięk imienia własnego męża. Pewnie nie byłby zadowolony, że w zwykły dzień powszedni wybrała się do SPA z powodu jakiegoś snu i jeszcze utknęła w autobusie bez biletu, jakby nie było ją na niego stać.
- Tamta pani w ósmym rzędzie po prawej.
- Gapowiczka? A nie wygląda.
- Co nie? Aha, i jeszcze tamten pan - powiedział, wskazując na faceta głową w brytyjskim zwyczaju. Amy dziwnie się poczuła słuchając, gdy mówią o niej. Nikt normalny chyba by nie rozmawiał o człowieku w taki sposób widząc, że jest kilka metrów od niego. Może to lata przepracowane w zawodzie tak działają? Swoiste spaczenie zawodowe. Mówili, jakby całkiem jej tam, nie było. Może to i dobrze? Może to znaczy, że w końcu ktoś na górze wysłuchał jej bezgłośnych wołań i zabrał z tego miejsca, gdzie wcale nie chciała być? Chciała zapaść się pod ziemię, ale kontrolerom najwyraźniej nie zależało na czasie. Wdali się w jakąś niezobowiązującą pogawędkę z facetem bez biletu. Dziwne, nie wyglądał, jakby takie położenie było dla niego jakkolwiek krępujące. O niej najwyraźniej zapomnieli, a ona przecież umierała na miejscu palona w policzki gorącym żarem wstydu. Serio, w policzki i w ogóle w całą twarz było jej tak gorąco, jakby palnikiem palić. Była pewna, że jest już cała czerwona jak idiotka. Po chwili kędzierzawy oprzytomniał. Skłonił się ku współpracownikowi i głośnym, tudzież bardzo niedyskretnym szeptem spytał
- E, patrz, czy baba nie pryśnie.
- Bez obaw, mamy jej dowód - odpowiedział ten ze stoickim spokojem, najwyraźniej przyzwyczajony to tego typu sytuacji., przy czym wykazał się brakiem dyskrecji podobnym do tego, którym zabłysnął uprzednio rozmówca. Oczywiście, że Amy to słyszała.

Potem do głowy zaczęły jej przychodzić dziwne myśli.

Jaki to ma sens??? Czy w ogóle mają prawo mnie tu zatrzymywać? Owszem, oczywiście, że mają, ale przecież wcale NIE MUSZĄ. Dlaczego? Bo mają mój dowód. Tylko dla tego. Ten kawałek plastiku mnie tutaj trzyma? Jak można sprowadzić się do takiego poziomu? Naprawdę muszę tu siedzieć, bo dałam im jakiś "dokument"? Co to słowo ma za znaczenie? Hmmmm... Ciekawe, jakie mieliby miny, jakbym teraz po prostu, najzwyczajniej stąd wyszła?

No właśnie, co by się stało? Czy napradwę w takiej w takiej sytuacji zdana jest na kawałek plastiku z drobnym druczkiem? Dlaczego ta rzecz trzyma ją w miejscu, gdzie wcale nie chce być? Taka była prawda, siedziała tam, bo nie miała swojego dowodu, mieli go oni, a bez niego nie mogła uciec. Na pewno takie rzeczy zdarzają się codziennie, ale nigdy nie zwróciła na to uwagi. Czy to możliwe, że w dwudziestym pierwszym wieku - niby erze nowoczesności, coraz to nowszych technologii - "smyczą" na homo sapiens może być coś takiego? Nie żaden ważny powód, zdarzenie, tylko tworzywo sztuczne?

Właśnie pod tym względem nasza era jest o wiele gorsza od średniowiecza. Wtedy kto mógł i chciała siadał na koń, jechał za granicę, gdziekolwiek, nie musiała chodzić, załatwiać wiz, paszportów, głupich biletów. Być może ludzie byli mniej podejrzliwi i roszczeniowi, bo żeby kogoś przepuścić przez prawną "bramkę" nie potrzebowali "dowodu tożsamości". Średniowiecze to zaścianek? TO dopiero jest zaściankowe - jakby ludzie bali się karteczek. Może powodem tego jest to, że ludzie permanentnie wyrobili sobie reputację kłamców i oszustów, skoro trzeba ich nie tylko sprawdzać i kontrolować na każdym kroku, ale wystarczy do tego jedynie druk?

Gdy te i tym podobne przemyślenia osiągnęły apogeum, cała jej dotychczasowa filozofia życiowa legła w gruzach. Bo czy coś innego, jeśli nie papiery dotąd były całym sensem jej życia? No tak, jeszcze cyferki. Jak najwyższe i najlepiej na papierach wartościowych. Tak, im wyższe, tym lepiej. 

Już wiedziała, co zrobi.

Sama usłyszała swoje kroki przez autobus. Jakby była osobą trzecią obserwującą zajście. Jej uszu, wysoko osadzonyh na dumnej niegdyś głowie, dobiegło jednostajne stuk stuk czółenkami. Stuk stuk korytarzem. Stuk stuk schodkami. I wreszcie stuk stuk chodnikiem

Do domu wróciła pieszo, chociaż autobus wywózł ją już kawał drogi od domu. Weszła do hallu, zrzuciła czółenka i rzuciwszy jeniedbale w kąt, zamarła. Dotarło do niej, że to nie było normalne zachowanie. Teraz mogła się założyć o stówę, że ktoś potem na nią wołał, krzyczał za nią, że przecież mają jej dowód, co ona w ogóle robi i tak dalej. Tyle, że to już nie było ważne.

Żadne dowody, legitymacje, zbędne podpisy, zadrukowane drobnym Times New Romanem arkusze. To już nie jej życie, tylko wszystkich innych. Ona od TERAZ żyje inaczej.

Tego dnia Amy Sharon oficjalnie się przebranżowiła. Z zatwardziałej egoistyczno - zachłannej snobki z "wyższych sfer" na testera. Testera życia. Ale nie tego dotychczasowego - całkiem innego, wolnego od formalności, takiego, w którym nie ma kruczków prawnych, tekstów z niezliczoną liczbą gwiazdek w indeksie i podpisów na kartkach, na które nikt nie zwróci uwagi, jeśli je wypełni, ale będzie miała kłopoty, jeśli tego nie zrobi. To już nie było ważne.

Ale czy w ogóle w tych czasach życie w inny sposób jest możliwe? Zaczynały ogarniać ją wątpliwości. Być może obejście procedur nie stanowi zadania nie do przeskoczenia? Jeśli nie spróbuje, nie dowie się.

Na niebie pojawiła się tęcza.

4 komentarze:

  1. Nie no, moja droga padłam na pysk, taka młodziutka dziewczyna i pisze tak dojrzałe, bogato ubrane w słowa opowiadanie? Toż to moje wpisy są zaledwie marnymi wypocinami. Wciąż nie mogę uwierzyć, że sama to wymyśliłaś.
    Brawo, jestem pod wielkim wrażeniem. Myślałaś może nad wydaniem książki z Twoimi opowiadaniami? Powodzenia w dalszym pisaniu.
    Pozdrawiam Cię cieplutko :) i czytam dalej ....

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale mi niezmiernie miło! Takie komentarze tak niesamowicie motywują, że chce się napisać i milion następnych! Coś tam niby pomyślałam, żeby kiedyś coś tam wydrukować w oprawie, ale możeeeee w dalekiej przyszłości kiedyś tam... Dzięki! Też pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Super!!!!! Czytając Twoje opowiadanie miałam wrażenie, że znajduje się w innej rzeczywistości, w świecie Amy Sharon. Pisz dalej, masz duży talent i lekkość pisania. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojeju, dzięki za mega dawkę motywacji! Pozdrawiam i pomyślnego szycia ;))

      Usuń