Opowiadanie czwarte - Element zaskoczenia

Element zaskoczenia

Wzorem człowieka w średnim wieku powinno się oficjalnie obwołać Toma Nielsena.

Podchodził pod czterdziestkę piątkę, siwizna jeszcze nie powitała jego bujnej fryzury, a zdrowie nie pozostawiało nic do życzenia.

Nie był obrzydliwie bogaty, raczej umiarkowanej majętności – na tyle, żeby wystarczyło do pierwszego bez spinania gaci, a czasem na kupienie jakiegoś „niezwykle niezbędnego artykułu pierwszej potrzeby”, jak podręczna stacja meteorologiczna, wędka czy karnet na siłownię, gdzie i tak nigdy nie był. Typowa przypadłość samotnego czterdziestopięciolatka.

Słowem, pędził sobie spokojnie szczęśliwy żywot statystycznego Amerykanina z Arkansas.

Jego praca była jednocześnie jego pasją - lubił swoją robotę, wstawał codziennie zadowolony i nawet z chęcią tam chodził. A tego nie mogą o sobie powiedzieć wszyscy, który co dzień wstają ze skwaszoną miną i smętnie wloką się do najczęściej znienawidzonego miejsca pracy. Tom znał takich wielu, oni zawsze byli nie w humorze. Trudno się dziwić, jeżeli ktoś spędza połowę życia w miejscu, którego nienawidzi, nie może być szczęśliwy. Tom jednak nie znał tego uczucia.

Właśnie się tam wybierał, gdy spokojnie sobie wstając o siódmej piętnaście (jak zawsze, od dziesięciu lat tak samo) wciągał na siebie stary wełniany sweter, pamiątkę po ukochanej matce, która zrobiła go dla niego równy tydzień przed śmiercią. Do niej był troszkę bardziej przywiązany niż do ojca, ale nigdy nie powiedział tego głośno. Ojciec żył jeszcze, wprawdzie daleko, ale Tom utrzymywał z nim dobre kontakty. Był miłym człowiekiem, o specyficznym poczuciu humoru, ale Tom zawsze potrafił odgadnąć pointę jego dowcipu.
Sweter nie wyglądał świetnie, może nawet nie w połowie tak dobrze, jak reszta jego nowych ubrań, które kupował dosyć często za swą pensję.

Akurat dzisiaj go potrzebował. O siódmej piętnaście wstawał ostatni raz – to był jego ostatni dzień w pracy. Zawód miał kontynuować, ale przeniesiono go w inne miejsce, około dwieście kilometrów dalej. Mógł się nie zgodzić, ale wtedy na pewno by go zwolnili, co do przeprowadzki też nie miał nic przeciwko, mieszał teraz sam. Kiedyś był kot, ale okazał się podłym zdrajcą i odszedł uprzednio dumnie pokazując w jego stronę tył uniesionego ogona.

Ostatni dzień w tym miejscu będzie jak ostatni dzień w życiu – budynek był jak jego drugi dom, tam z resztą spędzał najciekawsze chwile nudnej egzystencji poprzetykanej niteczkami drobnych rozrywek.

Ale przecież był dorosłym człowiekiem, taką stratę był jeszcze w stanie przeboleć. Sprawę pogarszało, że ostatni raz widział się wtedy z nową koleżanką. Poznał ją kilka dni wcześniej, ale bardzo polubił. Nie mówiła za wiele, prawdę mówiąc, prawie wcale się nie odzywała. To głównie on prowadził rozmowy, ona się tylko ślicznie uśmiechała. W ten taki jakby nieobecny sposób. Ostatni raz i miał tego stuprocentową pewność.

Wyobraził sobie, że jak wejdzie do ich wspólnego gabinetu, będzie znowu siedziała na szarym stole, jak od samego początku ich znajomości. Jemu to nie przeszkadzało, choć pamiętał dobrze, że kiedyś nakrzyczał za siedzenie na stole swojego kota. Tyle, że później było mu żal, musiał dać mu podwójną porcję smakołyków na specjalne okazje, żeby uspokoić sumienie.

Może będzie też miała na sobie tą fioletową szminkę, jak ostatnio? Ciekawe, po co nosi taki dziwny odcień, dodatkowo szminka zawsze wygląda naturalnie. Gdyby miał dziewczynę, postarałby się dla niej o taką szminkę. Tylko w innym kolorze, ŻYWSZYM.

Na te wszystkie myśli Toma przygniotło uczucie smutku, ciężkiej nostalgii, aż musiał sobie ciężko westchnąć. Po chwili jednak mu przeszło, stanął na nogi i trochę raźniej wymaszerował z domu.

Zeskakując z dwóch stopni dzielących drzwi jego domku i ścieżkę do jezdni pokrytą żwirem, potknął się o próg i z chrzęstem przesuwanych kamyczków wylądował na dróżce. Rozejrzał się jeszcze, czy nikt tego nie widział, ale nie ujrzał nikogo. W skrzynce był już nowy egzemplarz tego naukowego pisma, które zaprenumerował, ale pewnie leżało od wczoraj. Listonosz był jego najlepszym przyjacielem, nazywał się tak samo jak on, Tom, znali się od niepamiętnych czasów. Razem grali w baseball, gdy byli dziećmi i razem się uczyli w gimnazjum. Tyle, że listonoszowi szło gorzej, został, kim został, ale nie zazdrościł Tomowi, byli w końcu kumplami. Pismo musiał przynieść wczoraj. Gdy Toma nie było w domu.

Po drodze jeszcze chwilę wspominał swoją przygodę zawodową w tym miejscu, krótką znajomość i kota. To był stary zwierzak, przypuszczał, że poszedł w siną dal tylko po to, żeby gdzieś zdechnąć w samotności, ale i tak był podłym zdrajcą. Zabrał go z poprzedniego domu, wiózł na kolanach, gdy się przenosili, nie zdjął go na podłogę nawet wtedy, gdy ten przestał opierać się chorobie lokomocyjnej. Potem położył go na kocu w kącie i głaskał tak długo, aż nie zasnął. Nawet mleko mu ugrzał na kuchence turystycznej, wtedy tylko taka była w domu, stare dzieje. Tyle, że wystygło, zanim się obudził, a potem sam je rozlał jednym nieopatrznym stąpnięciem.

Jego koleżanka nie wysypiała się tak, jak on. Raz, kiedy przyszedł, przysypiała na stole, tam, gdzie zawsze siedziała. Wtedy poradził jej, żeby kładła się spać wcześniej. Znów nic nie odpowiedziała. Może poczuła się urażona, że się mądruje, udziela rad?

Z paniką zauważył, że zbliża się do celu. Szary budynek nieubłaganie się przybliżał. Chciał, aby ta droga trwała jak najdłużej, skoro miała być tą ostatnią. Napawał się blaskiem porannego słońca nad Ameryką jak najdłużej mógł, zwolnił kroku, próbował wryć sobie w oczy obraz, który dotąd widział codziennie. Był pewien, że o siódmej piętnaście tylko tutaj promienie słoneczne roztaczają taką poświatę, nigdzie indziej. Nie doceniał go, nie brał pod uwagę, że kiedyś go utraci i teraz tego żałował. Kompletnie opanowała go nostalgia do tego miejsca, tęsknota, choć jeszcze stąd nie odszedł.

W następnym momencie już nie wypadało dłużej tego przeciągać. Kręciło się zbyt wielu potencjalnych obserwatorów, mogliby go poczytać za dziwnego. Zaczerpnął motywujący, głęboki oddech, i gdy miał przekraczać prób gabinetu, odetchnął z ulgą. Po raz ostatni spojrzał jeszcze na granatowy napis czcionka 300.

PROSEKTORIUM

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz