wtorek, 29 marca 2016

"966". Praca konkursowa.

966

Gdy Ziemowit dopadł drzwi skromnej chaty, był zdyszany jak nigdy. Chyba nigdy nie biegł tak szybko na swoich dziecięcych nóżkach. Gwałtownie otworzył drzwi, rozwarły się na oścież, jak zawsze uderzając klamką w ścianę. W tamtym miejscu drewno nosiło już duże wyżłobienie, ślad tego tępionego przez matkę zachowania.
- Matko! Mamusiu! – zawołał na progu, choć wcale nie musiał, bo matka od razu wychynęła zza framugi. Coś chyba chowała w skrzynce, może coś pysznego…
- Czego wrzeszczysz? Stało się co?! – wykrzyknęła zaniepokojona swoim skrzekliwym głosem.
- Mamuś, mamuś, bo ja widziałem lesie tych z krzyżami! Klęczeli, śpiewali i jakieś obrzędy dziwne odprawiali! A jak Wawrzkowi opowiem to dopiero zzielenieje z zazdrości… - raptownie jego piskliwy szczebiot urwał się jak przetarty rzemień, który ktoś za mocno pociągnął. Kobieta szybko zakryła jego usta swoją dłonią, silnym ruchem ramienia wciągnęła go do środka, a raczej zagarnęła, jakby ważył tyle, co piórko i przyparła do ściany z na wpół wrogą, na wpół przerażoną miną. Ziemowit otworzył szeroko oczy w wyrazie zdziwienia, a o dziwo wcale się nie przestraszył niespodziewanego gniewu matki, chyba za bardzo go zaskoczyła. Zapadła chwila ciszy, podczas której atmosfera między nimi, na tym kilkucentymetrowym odcinku między ich zbliżonymi oczami tak zgęstniała,  że można by było ją pokroić. Chłopiec pierwszy odwrócił wzrok, a rodzicielka nerwowo wyjrzała przez okienko, jakby bała się czegoś.
- Masz szczęście, że nikt nie słyszał – wycedziła – nie waż się nigdy więcej tego robić.
- Ale mamuś, czego…
- Nie gadaj o nich, dziecko! Chcesz nieszczęście ściągnąć?! Na wiecu zabronili nawet o nich mówić! Gadają, że starszyzna wypędzi każdego, kto by do nich przystąpił – oni w co innego wierzą, chcą i nas do tego przekonać. Dziwne rzeczy wyznają, mówię ci… Niszczą nasze posągi, stawiają tylko te swoje krzyże...
            Jaka szkoda… - pomyślał – Jakbym to opowiedział innym… Zawsze się muszę wpakować. Po co ja to matce chciałem mówić? Po co? Tak fajnie by było.
 Najpierw ten zając. Dziwne, wcale nie był szybki, jak inne. Pomyślał, że zaniesie mamusi, to się ucieszy i coś dobrego z niego zrobi. Złapał go, uczynił powinność, a zdobycz przytroczył sobie do paska. Spostrzegł, że za zającem zaszedł dalej w las niż zazwyczaj, postanowił więc trochę pospacerować w nowej okolicy. Szedł i szedł… Coś się nie zgadzało. Ktoś śpiewał, tylko tak jakoś dziwnie, inaczej niż jego ojciec i wcale nie wesoło. Powoli podczołgał się do miejsca, z którego odchodziły dźwięki i aż go zatkało – nigdy nie widział czegoś takiego.
Mężczyźni klęczeli blisko siebie na polanie, śpiewali jakąś pieśń, której Ziemowit nie znał. Potem przestali, zaległa cisza – ciągle klęczeli, jedni wpatrywali się nicość błędnym wzrokiem, inni z zamkniętymi oczami bezgłośnie wymawiali jakieś formułki poruszając jedynie ustami. Widać było, że na czymś się skupiają. Naprzeciwko nich było jeszcze dwóch jegomościów, tylko oni stali, jeden polewał drugiego wodą. No, takiej hecy Ziemowit jeszcze nie widział. Niby czego starszyzna i matka się w nich boją? Są zwyczajnie kopnięci, nie trzeba się ich bać!- myślał, tłumiąc prześmiewczy uśmieszek na twarzy. Jednak po chwili nabrał nieco więcej szacunku do nich, wyczuł taką „specjalną” atmosferę i przypomniał sobie, ze podobny nastrój, doniosły, odświętny, panował na jego postrzyżynach rok temu, gdy otrzymał to właśnie imię i przeszedł spod opieki matki pod pieczę ojca.
Ci, którzy stali, zaczęli coś mówić, a Ziemowit spróbował wychwycić chociaż kilka słów. I chociaż starał się, usilnie wytężał ucho, wyłowił jedynie „Mieszko” i „amen”. Chyba jeszcze „kszest” albo „chrzest”, ale co do tego nie był pewien. Zrozumiał, że to jakieś innowiercze obrządki i poczuł się intruzem. Popędził więc szybciutko do domu, to wtedy musiał zgubić złapanego wcześniej zająca, choć wcale tego nie zauważył. Biegł, żeby zajście jak najprędzej wszystkim opowiedzieć, a matka bezlitośnie, kompletnie go zgasiła. Nie był pewien, czy zdoła zachować to dla siebie, jak mu kazała, było mu przykro, że tak go potraktowała. A oni byli tacy ciekawi, że aż go język świerzbił, żeby powiedzieć koledze chociaż słówko…
Następnego dnia, chociaż tak bardzo starał się powstrzymać, jednak zawędrował w tamto miejsce, pokusa okazała się silniejsza od dziecka. Mężczyzn zastał w tym samym miejscu, ale nie odprawiali już tych swoich obrzędów. Zdobył się na odwagę i gdy jeden z nich przechodził obok, chłopiec złapał do za rąbek brązowej szaty, która jak się później okazało, nazywała się habitem. Mężczyzna nie krył zdziwienia, ale gdy Ziemowit zaczął go wypytywać o wczorajszy dzień, wszystko mu wyjaśnił. Że są chrześcijanami, że przyszli na te tereny, by nawracać ludność na tę właśnie religię, o której zaraz zaczął mu opowiadać, a on słuchał tego z otwartą buzią. I tak rozmowa przeciągnęła się do wieczora. Ziemowit dowiedział się też, że organizują takie jakby spotkania, w każdą niedzielę o tej samej godzinie. Postanowił, że przyjdzie.
Znikał więc z domu w każdą niedzielę około południa i chciwie chłonął słowa głoszone podczas mszy, w języku, który oni określali jako „łacina”, mimo, że zbyt wiele przecież nie mógł zrozumieć. Uczył się, kiedy należy klęknąć, kiedy uczynić znak krzyża i tak dalej. To wszystko mu się podobało, było dużą odskocznią od codziennego świata pełnego bożków i bóstw natury, które czcił po powrocie do domu. Podczas tej godziny żył innym życiem w innym świecie. W całkowitej tajemnicy.
Sielankę przerwało gwałtowne uderzenie wyrzutów sumienia – jak mógł być tak samolubny i tę wspaniałą tajemnicę trzymać dla siebie, jeżeli mógł dać szansę poznania Chrystusa także rodzicom, kolegom i wszystkim w wiosce! Aha, no tak, przecież zabronili nam tego. Co mogą mi zrobić, jeśli się dowiedzą? A z drugiej strony… Powinienem chociaż dać im szansę, niech przyjdą na mszę, a nuż ich przekonam.
I w ten sposób ośmiolatek stanął w obliczu zadania: co zrobić, aby przekonać  mieszkańców do chrześcijaństwa? Głowił się i rozmyślał nocami, próbował złożyć jakiś w miarę klarowny plan działania. W końcu, pewnej nocy, gdy leżał pod wspólnym gwiaździstym baldachimem ludzkości, na jego buzię wpełznął przebiegły uśmieszek…
***
Pewna kronika polska z późniejszych czasów wspomina o pewnej wiosce w kraju Polan, którzy, oprócz wielu, wielu innych, najbardziej przyczynili się do chrystianizacji przyszłej Polski, a jako rzecz niespotykaną podaje, iż mieszkańcy owej wioski nigdy w swej walce o wiarę, którą przyjęli, nie użyli siły.
Jak  im się to udało, mógłby ktoś spytać… Powiedzmy, że na początku zmieszali dużą miarkę OTWARTOŚCI na to, co obce ze zwykłą dziecięcą CIEKAWOŚCIĄ. Połączyli to z odrobiną SZACUNKU, szczyptą TOLERANCJI, a całość przyprawili DIALOGIEM.
KONIEC
/Chociaż… Na tym wcale nie musi się skończyć. Kontynuację możemy napisać my sami. Może nie tyle samej historii, ale swoim życiem możemy zbudować epilog. Pamiętajmy więc, że mimo upływu tych wszystkich stuleci, te wartości wcale się nie zatarły, nie straciły na znaczeniu, całkowicie aktualne są do dziś, a my możemy to potwierdzić. Musimy tylko chcieć wprowadzić je w swoje życie/



sobota, 26 marca 2016

Powiew Wielkanocy - kiedy kalorii się nie liczy...

Niestety tylko powiew, bo nastrój jest niemal niewyczuwalny, chyba przez beznadziejną pogodę. "Obrzydliwie wilgotną", jak ja to mówię. Mimo to, postarałyśmy się z Karo o prawdziwie świąteczną atmosferę. Z braku czegokolwiek innego do roboty poszłyśmy wczoraj na spacer. Wróciłyśmy z torbą zielska, ściślej mówiąc, prawie przekwitnięte, chociaż jeszcze jako tako wyglądające bazie, jakieś gałązki, suche trawy i tak dalej. I milionem pomysłów. Potem w domu, kosztem apokalipsy, zniszczenia i kompletnego chaosu w kuchni i okolicznych pokojach, powstało kilka ozdób, które chciałam Wam pokazać ;) Powinnam uściślić, bo głównie Karo spełniała się artystycznie, ja... No cóż, powiedzmy, że plastyczna noga ze mnie. Nie obyło się też bez wykładów paranaukowych - "Niesamowite Teorie by Karolina" - pozwolę sobie ją zacytować - "Wiesz, że kura nie lata, bo jej masa, przewyższająca siłę udźwigu, niweluje siłę nośną?" albo "A wiedziałaś, że żelatyna to zhydrolizowany kolagen ze skór i chrząstek zwierząt?". Tymże sposobem nigdy więcej nie spróbuję galaretki.

Oprócz ozdób wyprodukowałyśmy też trochę pyszności.  /Kasiu, byłabyś ze mnie dumna!/  Znów utwierdziłam się w przekonaniu, że samymi składnikami też można się objeść. Zobaczcie ;)

Aha. Zapomniałabym o życzeniach, a o tym zwykle na blogu zapominam :) Niech chociaż z okazji Wielkanocy tradycji stanie się za dość: kartka, która podczas przeglądania nieskończonych zasobów internetowych szczególnie rzuciła mi się w oczy.

























sobota, 19 marca 2016

Opowiadanie czwarte - Element zaskoczenia

Element zaskoczenia

Wzorem człowieka w średnim wieku powinno się oficjalnie obwołać Toma Nielsena.

Podchodził pod czterdziestkę piątkę, siwizna jeszcze nie powitała jego bujnej fryzury, a zdrowie nie pozostawiało nic do życzenia.

Nie był obrzydliwie bogaty, raczej umiarkowanej majętności – na tyle, żeby wystarczyło do pierwszego bez spinania gaci, a czasem na kupienie jakiegoś „niezwykle niezbędnego artykułu pierwszej potrzeby”, jak podręczna stacja meteorologiczna, wędka czy karnet na siłownię, gdzie i tak nigdy nie był. Typowa przypadłość samotnego czterdziestopięciolatka.

Słowem, pędził sobie spokojnie szczęśliwy żywot statystycznego Amerykanina z Arkansas.

Jego praca była jednocześnie jego pasją - lubił swoją robotę, wstawał codziennie zadowolony i nawet z chęcią tam chodził. A tego nie mogą o sobie powiedzieć wszyscy, który co dzień wstają ze skwaszoną miną i smętnie wloką się do najczęściej znienawidzonego miejsca pracy. Tom znał takich wielu, oni zawsze byli nie w humorze. Trudno się dziwić, jeżeli ktoś spędza połowę życia w miejscu, którego nienawidzi, nie może być szczęśliwy. Tom jednak nie znał tego uczucia.

Właśnie się tam wybierał, gdy spokojnie sobie wstając o siódmej piętnaście (jak zawsze, od dziesięciu lat tak samo) wciągał na siebie stary wełniany sweter, pamiątkę po ukochanej matce, która zrobiła go dla niego równy tydzień przed śmiercią. Do niej był troszkę bardziej przywiązany niż do ojca, ale nigdy nie powiedział tego głośno. Ojciec żył jeszcze, wprawdzie daleko, ale Tom utrzymywał z nim dobre kontakty. Był miłym człowiekiem, o specyficznym poczuciu humoru, ale Tom zawsze potrafił odgadnąć pointę jego dowcipu.
Sweter nie wyglądał świetnie, może nawet nie w połowie tak dobrze, jak reszta jego nowych ubrań, które kupował dosyć często za swą pensję.

Akurat dzisiaj go potrzebował. O siódmej piętnaście wstawał ostatni raz – to był jego ostatni dzień w pracy. Zawód miał kontynuować, ale przeniesiono go w inne miejsce, około dwieście kilometrów dalej. Mógł się nie zgodzić, ale wtedy na pewno by go zwolnili, co do przeprowadzki też nie miał nic przeciwko, mieszał teraz sam. Kiedyś był kot, ale okazał się podłym zdrajcą i odszedł uprzednio dumnie pokazując w jego stronę tył uniesionego ogona.

Ostatni dzień w tym miejscu będzie jak ostatni dzień w życiu – budynek był jak jego drugi dom, tam z resztą spędzał najciekawsze chwile nudnej egzystencji poprzetykanej niteczkami drobnych rozrywek.

Ale przecież był dorosłym człowiekiem, taką stratę był jeszcze w stanie przeboleć. Sprawę pogarszało, że ostatni raz widział się wtedy z nową koleżanką. Poznał ją kilka dni wcześniej, ale bardzo polubił. Nie mówiła za wiele, prawdę mówiąc, prawie wcale się nie odzywała. To głównie on prowadził rozmowy, ona się tylko ślicznie uśmiechała. W ten taki jakby nieobecny sposób. Ostatni raz i miał tego stuprocentową pewność.

Wyobraził sobie, że jak wejdzie do ich wspólnego gabinetu, będzie znowu siedziała na szarym stole, jak od samego początku ich znajomości. Jemu to nie przeszkadzało, choć pamiętał dobrze, że kiedyś nakrzyczał za siedzenie na stole swojego kota. Tyle, że później było mu żal, musiał dać mu podwójną porcję smakołyków na specjalne okazje, żeby uspokoić sumienie.

Może będzie też miała na sobie tą fioletową szminkę, jak ostatnio? Ciekawe, po co nosi taki dziwny odcień, dodatkowo szminka zawsze wygląda naturalnie. Gdyby miał dziewczynę, postarałby się dla niej o taką szminkę. Tylko w innym kolorze, ŻYWSZYM.

Na te wszystkie myśli Toma przygniotło uczucie smutku, ciężkiej nostalgii, aż musiał sobie ciężko westchnąć. Po chwili jednak mu przeszło, stanął na nogi i trochę raźniej wymaszerował z domu.

Zeskakując z dwóch stopni dzielących drzwi jego domku i ścieżkę do jezdni pokrytą żwirem, potknął się o próg i z chrzęstem przesuwanych kamyczków wylądował na dróżce. Rozejrzał się jeszcze, czy nikt tego nie widział, ale nie ujrzał nikogo. W skrzynce był już nowy egzemplarz tego naukowego pisma, które zaprenumerował, ale pewnie leżało od wczoraj. Listonosz był jego najlepszym przyjacielem, nazywał się tak samo jak on, Tom, znali się od niepamiętnych czasów. Razem grali w baseball, gdy byli dziećmi i razem się uczyli w gimnazjum. Tyle, że listonoszowi szło gorzej, został, kim został, ale nie zazdrościł Tomowi, byli w końcu kumplami. Pismo musiał przynieść wczoraj. Gdy Toma nie było w domu.

Po drodze jeszcze chwilę wspominał swoją przygodę zawodową w tym miejscu, krótką znajomość i kota. To był stary zwierzak, przypuszczał, że poszedł w siną dal tylko po to, żeby gdzieś zdechnąć w samotności, ale i tak był podłym zdrajcą. Zabrał go z poprzedniego domu, wiózł na kolanach, gdy się przenosili, nie zdjął go na podłogę nawet wtedy, gdy ten przestał opierać się chorobie lokomocyjnej. Potem położył go na kocu w kącie i głaskał tak długo, aż nie zasnął. Nawet mleko mu ugrzał na kuchence turystycznej, wtedy tylko taka była w domu, stare dzieje. Tyle, że wystygło, zanim się obudził, a potem sam je rozlał jednym nieopatrznym stąpnięciem.

Jego koleżanka nie wysypiała się tak, jak on. Raz, kiedy przyszedł, przysypiała na stole, tam, gdzie zawsze siedziała. Wtedy poradził jej, żeby kładła się spać wcześniej. Znów nic nie odpowiedziała. Może poczuła się urażona, że się mądruje, udziela rad?

Z paniką zauważył, że zbliża się do celu. Szary budynek nieubłaganie się przybliżał. Chciał, aby ta droga trwała jak najdłużej, skoro miała być tą ostatnią. Napawał się blaskiem porannego słońca nad Ameryką jak najdłużej mógł, zwolnił kroku, próbował wryć sobie w oczy obraz, który dotąd widział codziennie. Był pewien, że o siódmej piętnaście tylko tutaj promienie słoneczne roztaczają taką poświatę, nigdzie indziej. Nie doceniał go, nie brał pod uwagę, że kiedyś go utraci i teraz tego żałował. Kompletnie opanowała go nostalgia do tego miejsca, tęsknota, choć jeszcze stąd nie odszedł.

W następnym momencie już nie wypadało dłużej tego przeciągać. Kręciło się zbyt wielu potencjalnych obserwatorów, mogliby go poczytać za dziwnego. Zaczerpnął motywujący, głęboki oddech, i gdy miał przekraczać prób gabinetu, odetchnął z ulgą. Po raz ostatni spojrzał jeszcze na granatowy napis czcionka 300.

PROSEKTORIUM

sobota, 12 marca 2016

O czym myśli humanista w autobusie, czyli refleksje rodem z komunikacji publicznej...

Płatki grubego, nieznośnie mokrego śniegu szybko zdychają na szerokiej, przedniej szybie autobusu, który mknie całe 60 kilometrów na godzinę prowincjonalną autostradą do równie prowincjonalnego gimnazjum im. Wł. St. Reymonta. Zaraz potem wydaje się, że to koniec tych wielkich, grubych i zimnych płatów późnozimowego śniegu, ale te popchnięte skrzydłem niestrudzonej, choć zmęczonej i wypalonej zawodowo wycieraczki lecą po mokrym szkle jak po tafli lodu, a gdy dotrą do końca szyby, tego magicznego załamania, o ile w ogóle dotrą, znikają z oczu pędzone wiatrem dalej w świat.

Ludzie w autobusie mają tylko tył głowy. Albo same twarze kontrastujące na tle ciemnego obicia oparć, jeżeli wystarczająco zaangażujesz szyjne partie mięśni i odwrócisz się, aby na nich spojrzeć. Choć i tak nie dostrzeżesz zbyt wielu szczegółów, nie możesz się przyjrzeć - pomyśleliby, że jesteś dziwny, albo masz coś z szyją.

Oni są anonimowi dla wszystkich w autobusie, a wszyscy w autobusie są anonimowi dla nich. Autobus to festiwal anonimów - z reguły nikt nie obchodzi nikogo i nikt nie zwraca uwagi na tył głowy przed sobą, chyba, że zauważy w nim coś ciekawego. Mój chyba nic takiego w sobie nie ma.

Najbardziej lubię miejsce w okolicach jednej trzeciej długości pojazdu (licząc od kierowcy), w lewym rzędzie. Mogę tam myśleć o tyłach głów przede mną jednocześnie obserwować świat przez wielką przednią szybę, która zawsze jest czysta. Do bocznych okien mam uprzedzenie - realność, świat w nich wydaje się błahy i nic nie znaczący, bo przecież tak szybko przemyka. Po prostu traci na ważności, której ma tak wiele.

Płaszczyzna na prawo od deski rozdzielczej, nazwijmy to blat roboczy, w "moim" autobusie jest zawsze zagracona, dlatego ma w sobie coś interesującego. Podobnie, jak często spotykane ozdoby zawieszone w górnej części przedniej szyby, może dużo powiedzieć o kierowcy i ego świątyni.

Gdy błądząc wzrokiem w wyżej opisanych obszarach, moje oczy koloru bliżej nieokreślonego zatrzymują się na zszarzałej tabli, z której malowniczo odłazi lakier. Tata określiłby to jako "łintindż", a ja pewnie bez słów domyśliłabym się, że chodzi o "vintage". Ową tablicę ktoś zapewne nieumyślnie zasłonił w połowie jakimiś przedmiotami. Zauważyć da się tylko starannie i równo naklejone foliowe literki "YSTOŚĆ". Zalewa mnie fala inspirująco - poetyckich domysłów, co też tam ktoś napisał, ale na plan pierwszy wysuwa się "rzeczywistość".

Nie lubię trwać w niewiedzy, toteż w końcu zdobywam się na przechylenie głowy, by przeczytać tajemniczy napis. Chwila prawdy...

CZYSTOŚĆ. ZACHOWAJ CZYSTOŚĆ. Ehhhh... Lipa. "rzeczywistość" potrafi zgasić lepiej, niż kubeł wody dogorywającą zapałkę.  Co za niesmak. Jeszcze raz spoglądam na śnieg, z którym teraz zaczyna mieszać się kapuśniaczek.

Autobus hamuje na moim przystanku, przygotowuję się na uderzenie zimna - może nie jest na minusie, ale dla mnie temperatura poniżej dwudziestu pięciu stopni Celsjusza jest zbyt niska, bym mogła spokojnie egzystować. Nie, nie jest źle, ale mam pięćdziesiąt metrów pod wiatr, zanim przekroczę bramę szkoły. Cóż, co pozostaje, niż uchylić czoła śnieżynkom?

A propos, wiecie, że śnieg można usłyszeć?

Trzeba się tylko dobrze skupić. Lubię słuchać śniegu, odkąd zimą zepsuł nam sie samochód. Nieznacznie, trzeba było tylko wymienić koło, co też fachowo zrobiła moja mama. W sumie dwadzieścia minut wliczając czas, jaki zajęło "wyczajenie", o co chodzi poczciwej zielonej Skodzie. Powyższe zdarzenie nieafirmatywnie wpłynęło na nastrój  Karoliny. Trochę się wkurzyła, ściślej mówiąc, więc zaproponowałam rozrywkę.
-Naucz mnie gwizdać! - uniosła wysoko brwi, ale się zgodziła.

Jednak po jakiejś minucie ja zwątpiłam, a Karo zyskała jedynie kilka budzących nieskrywane obrzydzenie kropelek na twarzy. Potem znowu zaczęła marudzić, ze przez samochód (a raczej jego koło) późno wrócimy i takie tam, a chciała coś jeszcze porobić w domu. Taaa. Pewnie poleżeć z książką i kakaem na kanapie, bardzo w jej stylu. Pocieszyłam ją, że w końcu dwadzieścia minut to całe cztery piosenki, ale nie wiedzieć czemu spojrzała na mnie tym swoim pełnym wyrzutu wzrokiem, którego wolę unikać, co też zrobiłam tym razem. Nigdy się nie dogadam ze ścisłowcem. Co jednak nie zmienia faktu, że uwielbiam jej czysto teoretyczne mowy, którymi tak często się ze mną dzieli (cytuję "jeżeli osoba A ma czworo rodzeństwa, to zużyją kakao Puchatek w pięć dni").

Może tego nie powiedziała, ale poczułam się wyproszona (wcale nie kulturalnie i taktownie) z jej prywatnej przestrzeni, a że nie chciałam się narażać, poszłam słuchać śniegu.

Pozwoliłam powiekom odciąć sobie dostęp to teraźniejszości jak jakimś biologicznym kurtynom i czekałam, czym tym razem zaskoczy mnie moja nieprzewidywalna, mozaikowata i kalejdoskopowa wyobraźnia, a ta wyskakuje ze ŚNIEGIEM. Fakt, bo w niecodziennej oprawie - jedynie dźwiękowej. Ciekawe, czy gdyby mi się przyśniły dźwięki śniegu, to czy wiedziałabym, co słyszę?


Myśląc o Panu Łysym Kierowcy 

czwartek, 10 marca 2016

Po przerwie...

Hej!

Stwierdzam, iż poczuwam się do obowiązku wytłumaczenia się z nieoczekiwanej nieobecności :)

Winą obarczam kaganek oświaty. Ten, kto wymyślał "podstawę programową" dla klas drugich raczej nie robił tego na trzeźwo, tak myślę. W tym czasie moja radosna twórczość ograniczyła się do refleksji spisanych na szybko pod ławką na kolanie podczas lekcji historii (mój ulubiony przedmiot, a jednak to on ucierpiał na korzyść nagłej weny twórczej), podzielę się nią z Wami w którymś z przyszłych postów. Czego to j nie robiłam... Przyjrzałam się bliżej ustrojowi i strukturze naszego pięknego państwa, a drzewo genealogiczne Jagiellonów posiadłam w stopniu bardzo dobrym. Szkody poniosło też czytanie - przez ten czas umęczyłam jedynie (ledwo) kilka wersów "Bastionu" Stephena Kinga.
Może z tym ograniczeniem twórczości przesadziłam, bo w końcu coś naskrobałam - wzięłam udział w konkursie literackim (o dawnych wierzeniach i polskich legendach, bardzo szeroki temat, boję się, że pomysły nie zmieszczą się w regulaminowych trzech stronach druku standardowego), co też zajęło trochę czasu. O ile to będzie możliwe, może opublikuję swoją pracę w którymś wpisie. Pomijam fakt, że po tym tygodniu WoS zaczyna wychodzić mi bokiem...

Potrzeba matką wynalazków - na potrzebę szybszego wkuwania (znienawidzonego WoSu między innymi :/ ) wynalazłam nowy sposób uczenia. Podobno dużo zapamiętujemy przez zapisywanie - ostatnio na tą technikę zeszło mi tyle karteczek, że mój budżet znacznie ucierpiał, uszczuplił się, ściślej mówiąc, i to bardzo. Dlatego piszę na rękach - od biurka odchodzę cała "wytatuowana". Szkoda tylko, że ten trik nie działa z każdym długopisem. Mówię Wam, naprawdę gorąco mi się zrobiło, gdy zobaczyłam, że długopis nie schodzi. Szczerzę mówiąc, nawet jak teraz to piszę, trochę boję się, że na jutro będę musiała włożyć bluzkę z długim rękawem. Poważnie, to NIE SCHODZI.

Dzisiaj przychodzę też do Was z trochę spóźnionymi życzeniami, bo w końcu Dzień Kobiet już był, chociaż przypomniałam sobie o nim dopiero dzisiaj, bo w klasie organizowaliśmy go dopiero teraz. Na godzinie wychowawczej, mojej ulubionej lekcji (zaraz po historii). To znaczy Chłopaki organizowali - dostałyśmy piękne róże.

A więc wspaniałe życzenia dla Was, drogie Kobiety, a i dla mężczyzn również - toż to dzisiaj Dzień Mężczyzny!

Zrobiłam też ostatnio parę fotek, chcecie pooglądać?














































wtorek, 1 marca 2016

Blackout poems - wykorzystać słowa...

Hej! Muszę się pochwalić! Dzisiaj mój blog osiągnął pierwszy 1000 wyświetleń :o. Może Was taka liczba nie zachwyca, ale mnie, jako początkującą blogerkę duma wręcz rozpiera ;) Dzięki Wam za te trzy zera!

Dzisiaj mam dla Was pewną propozycję...

Przeglądając ostatnio stronę spisekpisarzy.pl natrafiłam na coś bardzo ciekawego. Mianowicie tak zwane wiersze z odzysku, inaczej blackout poems.

Chodzi o to, by z jakiegokolwiek drukowanego tekstu uczynić wiersz.

Brzmi skomplikowanie? Spieszę z wyjaśnieniami ;)

Więc, jak już mówiłam, potrzebujemy tekstu na papierze - gazeta, stara książka (nowej albo średnio-nowej nie miałabym sumienia w ten sposób wykorzystać, w końcu to "kreatywna destrukcja"), cokolwiek. Weźcie jeszcze flamaster, ołówek czy długopis, wszystko jedno, byle pisało. Już?

Spójrzmy na nasz tekst kreatywnie - pojedyncze słowa w całości mogą ułożyć się w zdania, musimy tylko to zauważyć. Zakreślamy/ podkreślamy/ kolorujemy słowa, mają stworzyć coś ciekawego. Polega to na "wyłuskaniu ciekawego doboru słów z jednej strony losowej powieści przypadkowego autora" (tutaj pozwoliłam sobie zacytować autora artykułu ;) ). Tworzymy krótkie wiersze. Wiecie już o co chodzi?

To jeszcze nie wszystko. Kartkę ze stworzonym wierszem można ozdobić - wyrwać, dorysować, dokleić, zamalować, tutaj pole do popisu jest wielkie. Trzeba puścić wodze wyobraźni!

Miałam z tym zabawę na długie godziny, wcale się nie spodziewałam. Co najważniejsze, taka aktywność jest dobrym ćwiczeniem na wyrobienie u siebie jeszcze większej kreatywności, jest też czymś "innym", oryginalnym, czymś, co może urozmaicić zwykłe zajęcia czy nawet samo pisanie. Nie ważne, że nie piszesz poezji, takie zdania przecież można potem wykorzystać w tekście prozatorskim, mogą być inspirujące i tak dalej.

Chyba wszystko zostało napisane, jedyne, co mi pozostaje, to zachęcić Was do tego! Pochwalcie się w komentarzach ;)

Tutaj podaję link do artykułu, posta, który mnie zainspirował: //spisekpisarzy.pl/2016/01/kreatywna-dekonstrukcja-cwiczenie-na-mocniejsze-pioro.html

A poniżej to, co udało mi się stworzyć, jeszcze nie ozdobione, ale tutaj wkroczy moja siostra ;) "Pełną wersję" blackout poems możecie znaleźć w Internecie, jest masa przykładów. Ale pamiętajcie, chodzi  o to, by się tym BAWIĆ. Na luzie, a w to można się naprawdę wciągnąć. Tak, jak już mówiłam, na razie prezentuję samą treść, część plastyczna w toku ;) Może kiedyś się pochwalę ;)










A, i koniecznie pokażcie w komentarzach, co Wam wyszło!