sobota, 16 lipca 2016

Czas na coś innego. Dred, perkusja i inne inspiracje.

Hej! Nie wiem, od czego  zacząć...

W sumie to nie wiem, czy powinnam to zrobić. Nie wiem, czy za dużo nie stracę. Brzmi egoistycznie? Niekoniecznie, bo oto, do czego zmierzam

Zawieszam bloga!

Tak, właśnie tak. Tylko poczekajcie. Powiem Wam, dlaczego.

Zauważyłam, że zbyt wiele osób na początku wakacji odkłada blogowanie na dalszy plan albo w ogóle z niego rezygnuje. Wcześniej nie chciałam tego robić, chociaż od jakiegoś czasu chodziło mi to po głowie, Karo kategorycznie mi zabraniała.

Ostatnio blogowanie nie sprawia mi tyle przyjemności, zeszyt na teksty trochę się przykurzył... Odkryłam, że się do tego zmuszam. Potrzebuję przerwy, zebrania sił i czegoś nowego.

Tak, długo o tym myślałam. Prawdę mówiąc szkoda mi tego DeŻaWi, nie prowadziłam go nawet rok. Poznałam wspaniałych ludzi, pisałam, fotografowałam, sporo się nauczyłam przez ten czas. Ale najważniejsi są ludzie - Czytelnicy, bez których blogowanie nie miałoby sensu.
Myślę, że Pan Kot jest doskonałym zwieńczeniem tego posta.

Ale wrócę!

Nie wiem, kiedy - może za trzy tygodnie, może za trzy miesiące. Ale jeszcze mnie tu zobaczycie, bo chyba jestem za daleko. Jesteśmy.

Kilka rzeczy chodzi mi po głowie... Coś się zmieni, mówię Wam.

Zrobiłam sobie dreda. Wystrugałam z patyków pałeczki perkusyjne. Więcej czasu spędzam przy muzyce, wciąga mnie Led Zeppelin, Guns'n Roses i Iron Maiden. Trochę książek przybyło na półce, a Czesiek Świnia też domaga się więcej uwagi.

Muszę jeszcze Wam podziękować. Nie chciałabym cisnąć łzawymi banałami - załatwmy to prosto.

Dziękuję!

Tak więc - do napisania.

Aha, jeszcze jedno - pozostańmy w kontakcie! Mój mail - martynisko1234@gmail.com - do dyspozycji zawsze dla wszystkich!

Ciepełka


dedykuję Najlepszym (nie sugerujcie się kolejnością :) ).

Jotce
Zuzi z "Oczami Nastolatki"
Hegemonowi
Katarynce
Boi
Kamilali
Gabuni
Lenie Blackrose
Annie
Królowej Karo
Jadze A
Anonimom
Wszystkim Czytelnikom

Przepraszam, jeżeli kogoś pominęłam.
Upomnij się, jeżeli o Tobie zapomniałam!


piątek, 8 lipca 2016

No i co robić w te wakacje?

Uwaga uwaga! Być może zauważyliście, że wczoraj dodałam notkę z pierwszym odcinkiem opowiadania szóstego, które wznowiłam, obiecując dzisiaj odcinek drugi. Nie wiem, czy będziecie żałować, ale na razie kontynuację odwołuję - sporo już mam napisane i na pewno pojawi się na blogu, ale uważam, że jest jeszcze niewystarczająco dopracowane i musiałabym pisać i poprawiać pod presją - lekką, bo lekką, ale na pewno wpłynęłaby na treść :) Po prostu nie jestem jeszcze z niego zadowolona. Koniec ogłoszeń!



Wakacje nie zawsze równają się z wyjazdem. Ja na przykład nigdzie dalej się nie wybieram, ale chciałabym odwiedzić kilka niedalekich punktów w jednodniowych wyjazdach. Bo uważam, że jest co zwiedzać, wystarczy tylko poszukać - w okolicy może być milion fajnych miejsc, a nie zawsze pierwszy wynik wyszukiwania w Google pokaże nam te ciekawsze. Szukajcie, a znajdziecie!

środa, 6 lipca 2016

O czym myśli humanista w autobusie, czyli refleksje rodem z komunikacji publicznej cz.2


część 2

Gdzie zwykle jesteś o siódmej rano? O czym myślisz?

Może w autobusie? Jak ja na przykład w czasie roku szkolnego. I jak większość młodzieży szkolnej w tym czasie. Już kiedyś uraczyłam tych, którzy chcieli słuchać przemyśleniami z tego jakże barwnego środowiska, czysto autobusowymi wypocinami. Ale w pojazdach komunikacji publicznej jest zwykle zbyt dużo czasu na myślenie, jeżeli akurat nie powtarzasz na chemię albo matematykę... Ten tekst czekał sobie calutki czerwiec, aż zdecydowałam się go upublicznić, stąd temat autobusu, którym zdążam co dzień do szkoły, trochę spóźniony, bo przecież mamy wakacje.

Wszyscy zawsze siedzą na tych samych siedzeniach. Sporadycznie zdarza się ktoś nowy. Niewtajemniczony w niepisane Prawo, burząc trwały porządek porannego życia pachnącego spalinami wjeżdża w nie z butami, no. Godny linczu, kiedy bezczelnie usadza swą osobę na odwiecznym miejscu nieszczęsnej pani, która wsiada na następnym przystanku.

środa, 22 czerwca 2016

Otwarcie lata. Z aparatem, a jakże!

Jestem! Przerwę zawdzięczamy trochę nowemu opowiadaniu, które właśnie pisze się na moim zakurzonym blacie, trochę muzyce, bo w międzyczasie poznałam kilka nowych zespołów, trochę też książkom - nowym nabytkom, wśród których znalazły się nie lada perełki. Nie żadnemu tam meczowi, bo wiem, że wielu straciło już na tym kilka cennych godzin. Oczywiście LATU! Można się powygrzewać, tak naprawdę i w słoneczku :) Chociaż ja leżeć w miejscu nie lubię, dlatego w ramach opalania zabrałam ze sobą aparat i z obstawą ruszyłam w teren. Jako modelki posłużyły mi Karolina i Kasia, sama też na kilku jestem.

niedziela, 12 czerwca 2016

Legendy miejskie. Lenin-grzyb i inne opowiadania z ulicy

Legenda miejska (ang. urban legend) – pozornie prawdopodobna informacja rozpowszechniana w mediach, internecie bądź w kręgach towarzyskich, która budzi wielkie emocje u odbiorców, zazwyczaj nieprawdziwa.
Wikipedia

Legendy miejskie. Czyli zmyślone, kompletnie nieprawdziwe wiadomości, przekazywane z ust do ust. Oczywiście według opowiadającego w stu procentach potwierdzone. Czym jeszcze charakteryzuje się legenda miejska?


piątek, 3 czerwca 2016

Na ostatnią chwilę, czyli nad czym męczy się drugoklasista przed wakacjami?

Witajcie po przerwie. Jeju, jak ja się cieszę, że to już ostatnie podrygi okrutnego Roku Szkolnego, który wydziera mi ostatnie strzępki wolnego czasu (notabene przeznaczonego na blogowanie, czytanie, tresowanie Cześka Świni i setki innych, ważniejszych rzeczy!).

Multimedialna historia mojej gminy. Jak to brzmi według Was? Bo ja myślę, że dumnie. Taki temat projektu w gimnazjum, pani każe, uczeń musi. Jak zwykle, projekt robi się w trzeciej albo drugiej klasie, wybiera się temat (ale patrzy się na nauczyciela ;) ) i wiśta wio! Potem ubolewanie, jaki INNY temat byłby łatwy i dlaczego, bo nauczyciel okazał się wcale nieskory do pomocy takiej, jakby się chciało (mowa o DUŻEJ pomocy). Co nas podkusiło na historię? Kiedy wybór mój, Karo i trzech innych dziewczyn (mam nadzieję, że któraś z Was to czyta, jeżeli tak, dajcie znać ;) ) padał na ten właśnie przedmiot, nie wiedziałyśmy, na co się porywamy. No bo "Multimedialną historię..." może nie jest tak znowu trudno opracować, gorzej jak zawsze z organizacją... "Praca w grupach", taaa....

niedziela, 29 maja 2016

Jeszcze ciepłe...

Hej! Dzisiaj mam dla Was świeże zdjęcia - dopiero co obrobione, a pewnie zauważyliście, że nie była to tylko drobna korekta, jak zawsze - bardziej niż zwykle poeksperymentowałam z różnymi funkcjami w moim niezawodnym programie, oto, co wyszło!




czwartek, 26 maja 2016

Prasówka z epoki - cz.2

Odcinek drugi historii, której nie uczą w szkołach. Zapraszam :)
  • Jakie skarby ludzie mogą trzymać w domu? Historia pokazuje, ze przeróżne. Rodzina Waltera Raleigha skazanego na śmierć za palenie papierosów (!) jego uciętą głowę przechowywała jako klejnot! Oczywiście powodu dekapitacji nie podano wprost - oficjalnie ówczesny król Jakub I skazał Raleigha za za napaść jego ludzi na hiszpańskie kolonie.Działo się to w Anglii w siedemnastym wieku.

poniedziałek, 23 maja 2016

Opowiadanie siódme - Kobiele czy nie? - praca konkursowa


(Trochę wyjaśnień - moja gmina, czyli Kobiele Wielkie, to miejsce urodzenia polskiego noblisty , Władysława Reymonta. W szkole organizowane jest sporo konkursów o tematyce właśnie reymontowskiej, w tym konkurs literacki "Kobiele Wielkie - moja mała ojczyzna". Miał on bardzo luźną formę, w regulaminie mało co było określone. Więc ograniczana jedynie regulaminowymi trzema stronami A4, wybrałam opowiadanie. No dobra, niby Reymont tylko się tutaj urodził, w rzeczywistości nigdy go tu nie było, ale dlaczego tak miałoby być na stronach mojej pracy?)
***

Pisarz już od dłuższego czasu przebywał w podróży, która nie sprzyjała spełnianiu pisarskich obowiązków - przeżywał zastój, od kilku tygodni nie napisał ani strony. Podróż jednak powoli miała się ku końcowi. Na początku, gdy dumnie obwieścił zamiar podróży wszystkim w domu obecnym, inaczej sobie to wyobrażał. Bo i początkowe plany malowały się przed nim potężne - zwiedzić kolebkę swego rodu, zagłębić się w historię odległej familii - szlachetny cel.

sobota, 14 maja 2016

Co dzisiaj w telewizji?


Eurowizja, kto nie kojarzy? Początek wzięła w 1956 roku, a więc dosyć dawno, wpisana nawet do księgi rekordów Guinnessa jako konkurs muzyczny najdłużej transmitowany w telewizji. Show z tradycją, dzisiaj według mnie jest to okazja do pokazania kraju od innej strony, czasem zamanifestowania czegoś, weźmy na przykład znaną Conchitę Wurst z Austrii, która na chwilę skupiła na sobie uwagę wielu...


Eurowizja 2016.
Michał Szpak z Polski - co o jego występie sądzicie? Według mnie zaśpiewał całkiem nieźle, określiłabym go mianem raczej współczesnego (chyba nie w najlepszym tego słowa znaczeniu).
Wydaje mi się, że to może być próba skopiowania Conchity, zwyciężczyni poprzedniej edycji, którą chyba każdy kojarzy. Ale płaszczyk fajny, aprobuję, że jego oczy nie zostały poddane próbie "upiększenia" makijażem, jak u wielu innych męskich przedstawicieli swych krajów. Oprócz niego w eliminacjach brali udział:

sobota, 7 maja 2016

Prasówka z epoki - fakty historyczne, o których nie uczą w szkołach. Cz. 1

Wiadomo, sprzątać nikt nie lubi, ale za to posprzątane dobrze mieć. Czasem trzeba.

Ogarniając przybytek moich dóbr doczesnych, biurko z niezliczoną ilością skarbów (o istnieniu niektórych pewnie zdążyłam już zapomnieć i nie zdaję sobie sprawy z ich posiadania, zapewne), natrafiłam na to,  czego mi od dawna brakowało. Mianowicie stare pisma historyczne!
I to całą górę nieczytanych, jeszcze z czasów, kiedy historia znajdowała się gdzieś na dole listy przedmiotów znienawidzonych (Karo je czytała, więc skąd one u mnie?). A na teraz jak znalazł. Wzięłam się do przeglądania, tyle tam ciekawych rzeczy, że wpadł mi do głowy pomysł na stworzenie cyklu postów, takich krótkich ciekawostek nie tylko z rzeczonych gazet ale i z innych źródeł. Jeżeli ten post Wam się spodoba, niedługo pojawi się kolejny - następna prasówka z epoki. Tylko dajcie znać, żebym nie szukała na próżno ;)! Do dzieła.



  • Używki, "znane i lubiane"  były już od dawna. Jednakże wiele wieków temu, gdy używania nie regulowała żadna ustawa, były znacznie bardziej powszechne - w starożytnym Egipcie na rozrabiajace dzieci był sprytny sposób - rozrzedzony sok z makówek, czyli opiat, a Inkowie nie stronili od dopingu - podczas długich marszów żuli liście koki. Z kolei syberyjska legenda głosi "ile zjesz muchomorów, tyle muchomorowych ludzików zobaczysz, jak biegają i skaczą wokół ciebie, potem ściskają twoją duszę i odprowadzają ją do świata umarłych". 

wtorek, 3 maja 2016

Miejsce zgniło...



Pamiętacie jeszcze post o miejscu, tym w lesie, które odkryłyśmy z Karoliną? Do siedzenia nad wodą, takie wymarzone? (tutaj)


Otóż zgniło. Mówię jak najbardziej serio - kłoda do siedzenia zwaliła się do bagna, a woda pokryła nalotem. Lipa i rozczarowanie. Natura nie była po naszej stronie. Do tego mnóstwo pająków i lepkich much. Duszno, wilgotno i bez sensu.

Ale czy na pewno?

Okazuje się, że nie straciło swego uroku do końca. Może to taka właściwość wymarzonych miejscówek, że urok, jaki zyskują w naszych oczach jest niemożliwy do zepsucia. Nawet przez gniazdo pająków, na które nadepnęłam po drodze i zgniłe błoto, na którym się poślizgnęłam niemal wpadając do bagienka. Jak?

sobota, 30 kwietnia 2016

"... wyprodukowany w kooperacji francusko-niemiecko-brytyjsko-polskiej w 2002 roku dramat wojenny w reżyserii Romana Polańskiego, oparty na autobiograficznej książce Władysława Szpilmana..."

Dzisiejszy post nawiązuje do kina oscarowego. Mowa o Pianiście, według mnie najlepszym filmie wojennym, jaki do tej pory obejrzałam. Obraz w reżyserii Romana Polańskiego jest ekranizacją autobiograficznej książki Władysława Szpilmana, tytułowego pianisty. Mistrzowski dramat wojenny z równie mistrzowską obsadą - oprócz Adriena Brody'ego w roli głównej przewijają się takie nazwiska jak np. Frank Finlay czy Emilia Fox.

Film z niesamowitym realizmem przybliża nie tylko żywot niezwykłego muzyka, ale i okrucieństwo wojny i Holocaustu, bowiem Władysław Szpilman był pochodzenia żydowskiego. Serio, czasem naprawdę trzeba mieć mocniejsze nerwy. Akcja rozpoczyna się we wrześniu 1939 r. Władysław pracuje w warszawskiej rozgłośni radiowej, gdy w życie zostają wprowadzone pierwsze ograniczenia wobec Żydów, rozpoczynające prześladowania. Kiedy wszyscy nabierają przekonania, że te poniżające posunięcia okupantów to najgorsze, na co stać okupanta, okazuje się, że była to jedynie namiastka następnych wydarzeń...

Według mnie obsady nie można było dobrać lepiej. Sceneria jest niesamowita, chwilami zastanawiałam się, jak scenarzystom udało się osiągnąć takie efekty (albo jak dużo im zapłacili, bo podobno profesjonalizm jest w cenie).

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Świeżutkie migawki wiosny...



W dawnych czasach mogłabym powiedzieć, że liczę sobie piętnaście wiosen. Ta piętnasta obrodziła w zdjęcia, które chciałam Wam pokazać. A więc do dzieła:



































Jak się podobało? A Wy robiliście już wiosenne sesje?

środa, 20 kwietnia 2016

Opowiadanie szóste - Część pierwsza - Koniec

Część pierwsza - koniec

Czerwone światełko laserowego celownika gładko ślizgało się po świecącej łysinie Harolda.

Troszkę w lewo, troszkę w prawo, delikatnie w dół. Pieszczotliwie, oświetlając śmiertelną poświatą każdziutki por spoconej głowy. Uważnie, strzelec ma czas.

Harold stanął przed najtrudniejszym wyborem swojego leniwego dotychczas życia. Na lśniącym karku ciasno opinanym przez czerwoną koszulkę polo czuł wyraźnie lepkie oddechy zmęczonych facetów, nie pozwolił złapać się bez walki. Żałował – przez te lata obrósł tłuszczem, co nie ominęło również kolegów od piwa i sobotnich grilli. Nie mógł uciekać. Chociaż zawsze był cwany – jednego spróbował pokonać masą, ale sprytna bestia zdążyła się uchylić – Harold wylądował na zachwaszczonej ziemi twarzą do dołu i nie mógł się podnieść. Pewnie wyglądał jak wieloryb wyrzucony na plażę. Oni się tylko śmiali, bo sam się unieszkodliwił. Tak rżeli, że mógł sobie wyobrazić mgiełkę śliny, którą zrosili wszystko wokół. Zaśmiewali się, a on leżał, przygnieciony dziką paniką i świadomością następnych zdarzeń. I własną masą.

Śmierdzieli dymem i sianem. Bardzo intensywnie, jakby przed chwilą spalili całą stodołę. Ale Harold wiedział, że spalili jedynie kilka liści tytoniu, a na sianie najpewniej spali. Za nim głos szorstki jak papier ścierny powtórzył trzeci raz, bez nacisku, pośpiechu, jakby przyjacielsko doradzał. Jego słowa kłującym echem odbiły się od różowych zwojów mózgu Harolda. Nie używał ich zbyt często.
-Sosnowa czy dębowa?

Lepkie kropelki znów zabłysnęły z tyłu głowy Harolda. Czuł, jak czas się kurczy. Czas stał się nagle materialny, tyle, że strasznie niefortunnie – z wyimaginowanej miary obrócił się w kostkę lodu. A było bardzo gorąco.

Rozbieganym, zwierzęcym wzrokiem szukał czerwonej kropki na ścianie przed sobą. Pojawiłaby się, gdyby w końcu przestał trzymać go na muszce, gdyby wybrał sobie za cel nie biedną głowę Harolda, ale zmurszałą sztachetę przybudówki zakładu pogrzebowego. Prędzej zobaczyłby latającą świnię.

Gość ponowił pytanie. A wiec jednak –raczej się nie rozmyśli. Oczami wyobraźni ujrzał przestrzelonego arbuza. Albo głowę. Zbyt wiele szczegółów, musiał zamknąć mocno powieki i potrząsnąć głową, żeby odpędzić wizję kawałek dalej.

No przecież nie odpowie, to jakby się zgodził. Nie zgodził się, ale nie miał siły, by zaprzeczyć. Paradoks.

Powoli, z ociąganiem i milimetr po milimetrze zaczął posuwać nogę za nogą. W prawo, do cienia, bo było mu już gorąco. Poza tym, wolał tamtą, bo była dłuższa. Bał się, że jeżeli się nie zmieści, po upadku uderzy głową krawędź, a oprócz tego nie była czarna, jak ta, przed którą go postawili na początku tego wszystkiego. A właściwie to na końcu. Czarna niezbyt dobrze mu się kojarzyła. Jeszcze chwila.

sobota, 16 kwietnia 2016

Śladami. Odpowiedź na dedykacje Pani od Biblioteki.

Pewnego dnia...

Po raz nie wiem który odwiedziłam blog Pani od Biblioteki, jednej z moich najwierniejszych Czytelniczek, aby zobaczyć, co też tam nowego. Patrzę, a tu dedykacje. Sporo ich było, podchwyciłam ideę, czego Autorka, jak mam nadzieję, nie weźmie mi za złe. Tak sobie pomyślałam... Przecież mam komu dziękować. Na plan pierwszy wysunęła się Karo - Przecież te wszystkie wymęczone działy i tematy z fizyki, matematyki czy chemii to nie byle co. A że z polskiego prac pisemnych z reguły nie mamy zadawanych, nie było się jak odwdzięczyć. Zatem, Karolku - paczaj i podziwiaj, bo wiem, że tu zaglądasz! Wiem też, jak bardzo nienawidzisz poezji pod wszelką postacią - specjalnie dla Ciebie :) Tylko się wczytaj.


/Nie chciałabym dokonać przerysowania
byś w samozachwyt nie wpadła/

Lecz za nauki ścisłe - umysłu mego ciemiężców
Twa podobizna winna na ołtarzyku zalśnić.

Chęci Ci nie zbrakło, by wszystko objaśnić
Tyś nie załamała rąk nad mym zeszytem,
od ucieczki trzymając jak z żelaza chwytem
głosu. Szczerze, między nami?

Skojarzyłam go na trwale z równaniami.

Twierdzenia i zasady zwięźle tłumaczyłaś,
mroki mózgu mego sprawnie rozjaśniłaś.

Na górkę wdzięczności złóżmy jeszcze jedno.
Jakby to ująć, żeby trafić w sedno...

Dzięki za wszystkie...

Ciuchy pożyczone i tosty gorące.
Z górą cynamonu kakao piekące.
Gitarowe riffy i wprawki
te, co nic nie dały.

Z resztą, sama się domyśl.
Tak, jak mi mówisz - pomyśl...

piątek, 8 kwietnia 2016

Miejsce, angielska monarchia parlamentarna i Złowieszcza Babcia

Ufff... Dzień roboczy skończony. Dosyć długo nie mogłam się zdobyć na kolejnego posta, nie tyle z braku chęci, co czasu. Doba jest za krótka, ot co! Do tego Karolinie pękła struna w gitarze, nie może zdzierżyć chwilowej niemożności pobrzdąkania, snuje się cały dzień wokół instrumentu, co jakiś czas szarpie przypadkowe struny bez sensu albo pogrywa kulawe melodie.

Usiadłam do komputera w niemałym szoku. Kojarzycie taki program, "Kobiety, które niosły śmierć"? Przez chwilę pomyślałam sobie (ba - byłam o tym przekonana), że owa kobieta w osobie mojej Babci zamieszkuje ze mną raptem piętro niżej. Złowieszcze, nie ma co.

Czeszę sobie spokojnie dopiero co umyte kłaki, próbuję zwalczyć w sobie uczucie, że o czymś zapomniałam, aż tu nagle słyszę:
-No coś ty, zabili ją? A tą porwali? Nudy, znowu nic się nie dzieje. - wszystko wypowiedziane tonem istnej ostoi spokoju i zrównoważenia, przez które przebijała mgiełka niezdrowej fascynacji. O zgrozo!
Próbując zachować twarz bez wyrazu, po cichu weszłam do pokoju, gdzie Babcia prowadziła telefoniczną rozmowę. Skierowałam doń podejrzliwe spojrzenie, ale tylko machnęła ręką, żeby wyszła i nie przeszkadzała. Poczucie grozy nasiliło się, ale w apogeum spadło gładką parabolą do poziomu rozbawienia. Jeśli wiecie, o co mi chodzi.

Serial! Mówiła o serialu!

Babciu, nie strasz! Ochłonęłam już nieco, postanowiłam więc coś napisać. A propos, wiedzieliście, że rojaliści przegrali z parlamentarzystami wojnę domową za czasów Karola I? I że poszło o hajs, ale nie o dolary. (Mam jutro historię, wybaczcie).

Ale histeryczka (historyczka?) ze mnie. Chociaż... Myślicie, ze to nie byłby dobry materiał na powieść (o Krwawej Babci, nie o rojalistach)? Coraz częściej myślę o swojej własnej, chociaż takiej krótkiej.

A marzyliście kiedyś sobie o takim swoim miejscu, tylko Waszym, idealnym?

Dawniej często wyobrażałam sobie takie miejsce. Marzyłam, że byłoby to w lesie, nad jeziorkiem, wokół może łąka, gęste, zielone drzewa, miejsce na gałęzi zwieszającej się nisko, nad wodą, do siedzenia. Śniło mi się takie miejsce. A ja lubiłam te sny (i wcale nie dlatego, że w snach mam zawsze chudsze nogi).

Potem uświadomiłam sobie, jakie to dziecinne marzenie, przecież nie ma racji bytu, kompletnie beznadziejne i bez szans na spełnienie. Odpuściłam sobie.

Nie miałam racji, z resztą nie pierwszy raz. Miejsce istniało, było sobie raptem kilometr od mojego domu w linii prostej. Co za paradoks... 

Wszystko za sprawą Karo :)

Pewnego cieplusiego marcowego popołudnia wyciągnęła mnie z domu i zaciągnęła siłą do lasu, gąszczu prawie nie do przebycia, gdzie spod każdego stąpnięcia zmyka obrzydliwe robactwo, a komary nie dają spokojnie egzystować. W bagnie siedzą bobry, które brzydko poobgryzały drzewa wystające z wody, zdewastowały sobie las.

Przynajmniej tak mi się wydawało. Do tamtej pory.

To miejsce ma swój urok. Jest prawie dokładnie takie, jakie chciałam - z miejscem na drzewie, stawem (czytaj: bagienkiem na metr wody i dwa mułu, ale i tak malownicze :) ).

Zasiadłyśmy na powalonym pniu ze dwa albo półtora metra nad ziemią, wyżej od pająków i robaczków. I było naprawdę fajnie. Niespodzianka...






















niedziela, 3 kwietnia 2016

Landszafty z kwietniowej prowincji...

Witam w niedzielę! Właśnie przed chwilą odeszłam na chwilę od biurka, próbuję przyswoić sobie niemieckie czasy przeszłe. Idzie mi jak krew z nosa, szczerze mówiąc. Moim ulubionym przedmiotem niestety nie pozostanie język naszych zachodnich sąsiadów, nauka była tak śmiertelnie nudna, że zamiast czytać kolejne formy "Praterinum" z niekończącej się tabelki, zaczęłam czytać biografię Moliera...

Oglądnijcie nowe landszafty (skoro już mówimy o niemieckim ;).






























































wtorek, 29 marca 2016

"966". Praca konkursowa.

966

Gdy Ziemowit dopadł drzwi skromnej chaty, był zdyszany jak nigdy. Chyba nigdy nie biegł tak szybko na swoich dziecięcych nóżkach. Gwałtownie otworzył drzwi, rozwarły się na oścież, jak zawsze uderzając klamką w ścianę. W tamtym miejscu drewno nosiło już duże wyżłobienie, ślad tego tępionego przez matkę zachowania.
- Matko! Mamusiu! – zawołał na progu, choć wcale nie musiał, bo matka od razu wychynęła zza framugi. Coś chyba chowała w skrzynce, może coś pysznego…
- Czego wrzeszczysz? Stało się co?! – wykrzyknęła zaniepokojona swoim skrzekliwym głosem.
- Mamuś, mamuś, bo ja widziałem lesie tych z krzyżami! Klęczeli, śpiewali i jakieś obrzędy dziwne odprawiali! A jak Wawrzkowi opowiem to dopiero zzielenieje z zazdrości… - raptownie jego piskliwy szczebiot urwał się jak przetarty rzemień, który ktoś za mocno pociągnął. Kobieta szybko zakryła jego usta swoją dłonią, silnym ruchem ramienia wciągnęła go do środka, a raczej zagarnęła, jakby ważył tyle, co piórko i przyparła do ściany z na wpół wrogą, na wpół przerażoną miną. Ziemowit otworzył szeroko oczy w wyrazie zdziwienia, a o dziwo wcale się nie przestraszył niespodziewanego gniewu matki, chyba za bardzo go zaskoczyła. Zapadła chwila ciszy, podczas której atmosfera między nimi, na tym kilkucentymetrowym odcinku między ich zbliżonymi oczami tak zgęstniała,  że można by było ją pokroić. Chłopiec pierwszy odwrócił wzrok, a rodzicielka nerwowo wyjrzała przez okienko, jakby bała się czegoś.
- Masz szczęście, że nikt nie słyszał – wycedziła – nie waż się nigdy więcej tego robić.
- Ale mamuś, czego…
- Nie gadaj o nich, dziecko! Chcesz nieszczęście ściągnąć?! Na wiecu zabronili nawet o nich mówić! Gadają, że starszyzna wypędzi każdego, kto by do nich przystąpił – oni w co innego wierzą, chcą i nas do tego przekonać. Dziwne rzeczy wyznają, mówię ci… Niszczą nasze posągi, stawiają tylko te swoje krzyże...
            Jaka szkoda… - pomyślał – Jakbym to opowiedział innym… Zawsze się muszę wpakować. Po co ja to matce chciałem mówić? Po co? Tak fajnie by było.
 Najpierw ten zając. Dziwne, wcale nie był szybki, jak inne. Pomyślał, że zaniesie mamusi, to się ucieszy i coś dobrego z niego zrobi. Złapał go, uczynił powinność, a zdobycz przytroczył sobie do paska. Spostrzegł, że za zającem zaszedł dalej w las niż zazwyczaj, postanowił więc trochę pospacerować w nowej okolicy. Szedł i szedł… Coś się nie zgadzało. Ktoś śpiewał, tylko tak jakoś dziwnie, inaczej niż jego ojciec i wcale nie wesoło. Powoli podczołgał się do miejsca, z którego odchodziły dźwięki i aż go zatkało – nigdy nie widział czegoś takiego.
Mężczyźni klęczeli blisko siebie na polanie, śpiewali jakąś pieśń, której Ziemowit nie znał. Potem przestali, zaległa cisza – ciągle klęczeli, jedni wpatrywali się nicość błędnym wzrokiem, inni z zamkniętymi oczami bezgłośnie wymawiali jakieś formułki poruszając jedynie ustami. Widać było, że na czymś się skupiają. Naprzeciwko nich było jeszcze dwóch jegomościów, tylko oni stali, jeden polewał drugiego wodą. No, takiej hecy Ziemowit jeszcze nie widział. Niby czego starszyzna i matka się w nich boją? Są zwyczajnie kopnięci, nie trzeba się ich bać!- myślał, tłumiąc prześmiewczy uśmieszek na twarzy. Jednak po chwili nabrał nieco więcej szacunku do nich, wyczuł taką „specjalną” atmosferę i przypomniał sobie, ze podobny nastrój, doniosły, odświętny, panował na jego postrzyżynach rok temu, gdy otrzymał to właśnie imię i przeszedł spod opieki matki pod pieczę ojca.
Ci, którzy stali, zaczęli coś mówić, a Ziemowit spróbował wychwycić chociaż kilka słów. I chociaż starał się, usilnie wytężał ucho, wyłowił jedynie „Mieszko” i „amen”. Chyba jeszcze „kszest” albo „chrzest”, ale co do tego nie był pewien. Zrozumiał, że to jakieś innowiercze obrządki i poczuł się intruzem. Popędził więc szybciutko do domu, to wtedy musiał zgubić złapanego wcześniej zająca, choć wcale tego nie zauważył. Biegł, żeby zajście jak najprędzej wszystkim opowiedzieć, a matka bezlitośnie, kompletnie go zgasiła. Nie był pewien, czy zdoła zachować to dla siebie, jak mu kazała, było mu przykro, że tak go potraktowała. A oni byli tacy ciekawi, że aż go język świerzbił, żeby powiedzieć koledze chociaż słówko…
Następnego dnia, chociaż tak bardzo starał się powstrzymać, jednak zawędrował w tamto miejsce, pokusa okazała się silniejsza od dziecka. Mężczyzn zastał w tym samym miejscu, ale nie odprawiali już tych swoich obrzędów. Zdobył się na odwagę i gdy jeden z nich przechodził obok, chłopiec złapał do za rąbek brązowej szaty, która jak się później okazało, nazywała się habitem. Mężczyzna nie krył zdziwienia, ale gdy Ziemowit zaczął go wypytywać o wczorajszy dzień, wszystko mu wyjaśnił. Że są chrześcijanami, że przyszli na te tereny, by nawracać ludność na tę właśnie religię, o której zaraz zaczął mu opowiadać, a on słuchał tego z otwartą buzią. I tak rozmowa przeciągnęła się do wieczora. Ziemowit dowiedział się też, że organizują takie jakby spotkania, w każdą niedzielę o tej samej godzinie. Postanowił, że przyjdzie.
Znikał więc z domu w każdą niedzielę około południa i chciwie chłonął słowa głoszone podczas mszy, w języku, który oni określali jako „łacina”, mimo, że zbyt wiele przecież nie mógł zrozumieć. Uczył się, kiedy należy klęknąć, kiedy uczynić znak krzyża i tak dalej. To wszystko mu się podobało, było dużą odskocznią od codziennego świata pełnego bożków i bóstw natury, które czcił po powrocie do domu. Podczas tej godziny żył innym życiem w innym świecie. W całkowitej tajemnicy.
Sielankę przerwało gwałtowne uderzenie wyrzutów sumienia – jak mógł być tak samolubny i tę wspaniałą tajemnicę trzymać dla siebie, jeżeli mógł dać szansę poznania Chrystusa także rodzicom, kolegom i wszystkim w wiosce! Aha, no tak, przecież zabronili nam tego. Co mogą mi zrobić, jeśli się dowiedzą? A z drugiej strony… Powinienem chociaż dać im szansę, niech przyjdą na mszę, a nuż ich przekonam.
I w ten sposób ośmiolatek stanął w obliczu zadania: co zrobić, aby przekonać  mieszkańców do chrześcijaństwa? Głowił się i rozmyślał nocami, próbował złożyć jakiś w miarę klarowny plan działania. W końcu, pewnej nocy, gdy leżał pod wspólnym gwiaździstym baldachimem ludzkości, na jego buzię wpełznął przebiegły uśmieszek…
***
Pewna kronika polska z późniejszych czasów wspomina o pewnej wiosce w kraju Polan, którzy, oprócz wielu, wielu innych, najbardziej przyczynili się do chrystianizacji przyszłej Polski, a jako rzecz niespotykaną podaje, iż mieszkańcy owej wioski nigdy w swej walce o wiarę, którą przyjęli, nie użyli siły.
Jak  im się to udało, mógłby ktoś spytać… Powiedzmy, że na początku zmieszali dużą miarkę OTWARTOŚCI na to, co obce ze zwykłą dziecięcą CIEKAWOŚCIĄ. Połączyli to z odrobiną SZACUNKU, szczyptą TOLERANCJI, a całość przyprawili DIALOGIEM.
KONIEC
/Chociaż… Na tym wcale nie musi się skończyć. Kontynuację możemy napisać my sami. Może nie tyle samej historii, ale swoim życiem możemy zbudować epilog. Pamiętajmy więc, że mimo upływu tych wszystkich stuleci, te wartości wcale się nie zatarły, nie straciły na znaczeniu, całkowicie aktualne są do dziś, a my możemy to potwierdzić. Musimy tylko chcieć wprowadzić je w swoje życie/



sobota, 26 marca 2016

Powiew Wielkanocy - kiedy kalorii się nie liczy...

Niestety tylko powiew, bo nastrój jest niemal niewyczuwalny, chyba przez beznadziejną pogodę. "Obrzydliwie wilgotną", jak ja to mówię. Mimo to, postarałyśmy się z Karo o prawdziwie świąteczną atmosferę. Z braku czegokolwiek innego do roboty poszłyśmy wczoraj na spacer. Wróciłyśmy z torbą zielska, ściślej mówiąc, prawie przekwitnięte, chociaż jeszcze jako tako wyglądające bazie, jakieś gałązki, suche trawy i tak dalej. I milionem pomysłów. Potem w domu, kosztem apokalipsy, zniszczenia i kompletnego chaosu w kuchni i okolicznych pokojach, powstało kilka ozdób, które chciałam Wam pokazać ;) Powinnam uściślić, bo głównie Karo spełniała się artystycznie, ja... No cóż, powiedzmy, że plastyczna noga ze mnie. Nie obyło się też bez wykładów paranaukowych - "Niesamowite Teorie by Karolina" - pozwolę sobie ją zacytować - "Wiesz, że kura nie lata, bo jej masa, przewyższająca siłę udźwigu, niweluje siłę nośną?" albo "A wiedziałaś, że żelatyna to zhydrolizowany kolagen ze skór i chrząstek zwierząt?". Tymże sposobem nigdy więcej nie spróbuję galaretki.

Oprócz ozdób wyprodukowałyśmy też trochę pyszności.  /Kasiu, byłabyś ze mnie dumna!/  Znów utwierdziłam się w przekonaniu, że samymi składnikami też można się objeść. Zobaczcie ;)

Aha. Zapomniałabym o życzeniach, a o tym zwykle na blogu zapominam :) Niech chociaż z okazji Wielkanocy tradycji stanie się za dość: kartka, która podczas przeglądania nieskończonych zasobów internetowych szczególnie rzuciła mi się w oczy.