sobota, 30 kwietnia 2016

"... wyprodukowany w kooperacji francusko-niemiecko-brytyjsko-polskiej w 2002 roku dramat wojenny w reżyserii Romana Polańskiego, oparty na autobiograficznej książce Władysława Szpilmana..."

Dzisiejszy post nawiązuje do kina oscarowego. Mowa o Pianiście, według mnie najlepszym filmie wojennym, jaki do tej pory obejrzałam. Obraz w reżyserii Romana Polańskiego jest ekranizacją autobiograficznej książki Władysława Szpilmana, tytułowego pianisty. Mistrzowski dramat wojenny z równie mistrzowską obsadą - oprócz Adriena Brody'ego w roli głównej przewijają się takie nazwiska jak np. Frank Finlay czy Emilia Fox.

Film z niesamowitym realizmem przybliża nie tylko żywot niezwykłego muzyka, ale i okrucieństwo wojny i Holocaustu, bowiem Władysław Szpilman był pochodzenia żydowskiego. Serio, czasem naprawdę trzeba mieć mocniejsze nerwy. Akcja rozpoczyna się we wrześniu 1939 r. Władysław pracuje w warszawskiej rozgłośni radiowej, gdy w życie zostają wprowadzone pierwsze ograniczenia wobec Żydów, rozpoczynające prześladowania. Kiedy wszyscy nabierają przekonania, że te poniżające posunięcia okupantów to najgorsze, na co stać okupanta, okazuje się, że była to jedynie namiastka następnych wydarzeń...

Według mnie obsady nie można było dobrać lepiej. Sceneria jest niesamowita, chwilami zastanawiałam się, jak scenarzystom udało się osiągnąć takie efekty (albo jak dużo im zapłacili, bo podobno profesjonalizm jest w cenie).

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Świeżutkie migawki wiosny...



W dawnych czasach mogłabym powiedzieć, że liczę sobie piętnaście wiosen. Ta piętnasta obrodziła w zdjęcia, które chciałam Wam pokazać. A więc do dzieła:



































Jak się podobało? A Wy robiliście już wiosenne sesje?

środa, 20 kwietnia 2016

Opowiadanie szóste - Część pierwsza - Koniec

Część pierwsza - koniec

Czerwone światełko laserowego celownika gładko ślizgało się po świecącej łysinie Harolda.

Troszkę w lewo, troszkę w prawo, delikatnie w dół. Pieszczotliwie, oświetlając śmiertelną poświatą każdziutki por spoconej głowy. Uważnie, strzelec ma czas.

Harold stanął przed najtrudniejszym wyborem swojego leniwego dotychczas życia. Na lśniącym karku ciasno opinanym przez czerwoną koszulkę polo czuł wyraźnie lepkie oddechy zmęczonych facetów, nie pozwolił złapać się bez walki. Żałował – przez te lata obrósł tłuszczem, co nie ominęło również kolegów od piwa i sobotnich grilli. Nie mógł uciekać. Chociaż zawsze był cwany – jednego spróbował pokonać masą, ale sprytna bestia zdążyła się uchylić – Harold wylądował na zachwaszczonej ziemi twarzą do dołu i nie mógł się podnieść. Pewnie wyglądał jak wieloryb wyrzucony na plażę. Oni się tylko śmiali, bo sam się unieszkodliwił. Tak rżeli, że mógł sobie wyobrazić mgiełkę śliny, którą zrosili wszystko wokół. Zaśmiewali się, a on leżał, przygnieciony dziką paniką i świadomością następnych zdarzeń. I własną masą.

Śmierdzieli dymem i sianem. Bardzo intensywnie, jakby przed chwilą spalili całą stodołę. Ale Harold wiedział, że spalili jedynie kilka liści tytoniu, a na sianie najpewniej spali. Za nim głos szorstki jak papier ścierny powtórzył trzeci raz, bez nacisku, pośpiechu, jakby przyjacielsko doradzał. Jego słowa kłującym echem odbiły się od różowych zwojów mózgu Harolda. Nie używał ich zbyt często.
-Sosnowa czy dębowa?

Lepkie kropelki znów zabłysnęły z tyłu głowy Harolda. Czuł, jak czas się kurczy. Czas stał się nagle materialny, tyle, że strasznie niefortunnie – z wyimaginowanej miary obrócił się w kostkę lodu. A było bardzo gorąco.

Rozbieganym, zwierzęcym wzrokiem szukał czerwonej kropki na ścianie przed sobą. Pojawiłaby się, gdyby w końcu przestał trzymać go na muszce, gdyby wybrał sobie za cel nie biedną głowę Harolda, ale zmurszałą sztachetę przybudówki zakładu pogrzebowego. Prędzej zobaczyłby latającą świnię.

Gość ponowił pytanie. A wiec jednak –raczej się nie rozmyśli. Oczami wyobraźni ujrzał przestrzelonego arbuza. Albo głowę. Zbyt wiele szczegółów, musiał zamknąć mocno powieki i potrząsnąć głową, żeby odpędzić wizję kawałek dalej.

No przecież nie odpowie, to jakby się zgodził. Nie zgodził się, ale nie miał siły, by zaprzeczyć. Paradoks.

Powoli, z ociąganiem i milimetr po milimetrze zaczął posuwać nogę za nogą. W prawo, do cienia, bo było mu już gorąco. Poza tym, wolał tamtą, bo była dłuższa. Bał się, że jeżeli się nie zmieści, po upadku uderzy głową krawędź, a oprócz tego nie była czarna, jak ta, przed którą go postawili na początku tego wszystkiego. A właściwie to na końcu. Czarna niezbyt dobrze mu się kojarzyła. Jeszcze chwila.

sobota, 16 kwietnia 2016

Śladami. Odpowiedź na dedykacje Pani od Biblioteki.

Pewnego dnia...

Po raz nie wiem który odwiedziłam blog Pani od Biblioteki, jednej z moich najwierniejszych Czytelniczek, aby zobaczyć, co też tam nowego. Patrzę, a tu dedykacje. Sporo ich było, podchwyciłam ideę, czego Autorka, jak mam nadzieję, nie weźmie mi za złe. Tak sobie pomyślałam... Przecież mam komu dziękować. Na plan pierwszy wysunęła się Karo - Przecież te wszystkie wymęczone działy i tematy z fizyki, matematyki czy chemii to nie byle co. A że z polskiego prac pisemnych z reguły nie mamy zadawanych, nie było się jak odwdzięczyć. Zatem, Karolku - paczaj i podziwiaj, bo wiem, że tu zaglądasz! Wiem też, jak bardzo nienawidzisz poezji pod wszelką postacią - specjalnie dla Ciebie :) Tylko się wczytaj.


/Nie chciałabym dokonać przerysowania
byś w samozachwyt nie wpadła/

Lecz za nauki ścisłe - umysłu mego ciemiężców
Twa podobizna winna na ołtarzyku zalśnić.

Chęci Ci nie zbrakło, by wszystko objaśnić
Tyś nie załamała rąk nad mym zeszytem,
od ucieczki trzymając jak z żelaza chwytem
głosu. Szczerze, między nami?

Skojarzyłam go na trwale z równaniami.

Twierdzenia i zasady zwięźle tłumaczyłaś,
mroki mózgu mego sprawnie rozjaśniłaś.

Na górkę wdzięczności złóżmy jeszcze jedno.
Jakby to ująć, żeby trafić w sedno...

Dzięki za wszystkie...

Ciuchy pożyczone i tosty gorące.
Z górą cynamonu kakao piekące.
Gitarowe riffy i wprawki
te, co nic nie dały.

Z resztą, sama się domyśl.
Tak, jak mi mówisz - pomyśl...

piątek, 8 kwietnia 2016

Miejsce, angielska monarchia parlamentarna i Złowieszcza Babcia

Ufff... Dzień roboczy skończony. Dosyć długo nie mogłam się zdobyć na kolejnego posta, nie tyle z braku chęci, co czasu. Doba jest za krótka, ot co! Do tego Karolinie pękła struna w gitarze, nie może zdzierżyć chwilowej niemożności pobrzdąkania, snuje się cały dzień wokół instrumentu, co jakiś czas szarpie przypadkowe struny bez sensu albo pogrywa kulawe melodie.

Usiadłam do komputera w niemałym szoku. Kojarzycie taki program, "Kobiety, które niosły śmierć"? Przez chwilę pomyślałam sobie (ba - byłam o tym przekonana), że owa kobieta w osobie mojej Babci zamieszkuje ze mną raptem piętro niżej. Złowieszcze, nie ma co.

Czeszę sobie spokojnie dopiero co umyte kłaki, próbuję zwalczyć w sobie uczucie, że o czymś zapomniałam, aż tu nagle słyszę:
-No coś ty, zabili ją? A tą porwali? Nudy, znowu nic się nie dzieje. - wszystko wypowiedziane tonem istnej ostoi spokoju i zrównoważenia, przez które przebijała mgiełka niezdrowej fascynacji. O zgrozo!
Próbując zachować twarz bez wyrazu, po cichu weszłam do pokoju, gdzie Babcia prowadziła telefoniczną rozmowę. Skierowałam doń podejrzliwe spojrzenie, ale tylko machnęła ręką, żeby wyszła i nie przeszkadzała. Poczucie grozy nasiliło się, ale w apogeum spadło gładką parabolą do poziomu rozbawienia. Jeśli wiecie, o co mi chodzi.

Serial! Mówiła o serialu!

Babciu, nie strasz! Ochłonęłam już nieco, postanowiłam więc coś napisać. A propos, wiedzieliście, że rojaliści przegrali z parlamentarzystami wojnę domową za czasów Karola I? I że poszło o hajs, ale nie o dolary. (Mam jutro historię, wybaczcie).

Ale histeryczka (historyczka?) ze mnie. Chociaż... Myślicie, ze to nie byłby dobry materiał na powieść (o Krwawej Babci, nie o rojalistach)? Coraz częściej myślę o swojej własnej, chociaż takiej krótkiej.

A marzyliście kiedyś sobie o takim swoim miejscu, tylko Waszym, idealnym?

Dawniej często wyobrażałam sobie takie miejsce. Marzyłam, że byłoby to w lesie, nad jeziorkiem, wokół może łąka, gęste, zielone drzewa, miejsce na gałęzi zwieszającej się nisko, nad wodą, do siedzenia. Śniło mi się takie miejsce. A ja lubiłam te sny (i wcale nie dlatego, że w snach mam zawsze chudsze nogi).

Potem uświadomiłam sobie, jakie to dziecinne marzenie, przecież nie ma racji bytu, kompletnie beznadziejne i bez szans na spełnienie. Odpuściłam sobie.

Nie miałam racji, z resztą nie pierwszy raz. Miejsce istniało, było sobie raptem kilometr od mojego domu w linii prostej. Co za paradoks... 

Wszystko za sprawą Karo :)

Pewnego cieplusiego marcowego popołudnia wyciągnęła mnie z domu i zaciągnęła siłą do lasu, gąszczu prawie nie do przebycia, gdzie spod każdego stąpnięcia zmyka obrzydliwe robactwo, a komary nie dają spokojnie egzystować. W bagnie siedzą bobry, które brzydko poobgryzały drzewa wystające z wody, zdewastowały sobie las.

Przynajmniej tak mi się wydawało. Do tamtej pory.

To miejsce ma swój urok. Jest prawie dokładnie takie, jakie chciałam - z miejscem na drzewie, stawem (czytaj: bagienkiem na metr wody i dwa mułu, ale i tak malownicze :) ).

Zasiadłyśmy na powalonym pniu ze dwa albo półtora metra nad ziemią, wyżej od pająków i robaczków. I było naprawdę fajnie. Niespodzianka...






















niedziela, 3 kwietnia 2016

Landszafty z kwietniowej prowincji...

Witam w niedzielę! Właśnie przed chwilą odeszłam na chwilę od biurka, próbuję przyswoić sobie niemieckie czasy przeszłe. Idzie mi jak krew z nosa, szczerze mówiąc. Moim ulubionym przedmiotem niestety nie pozostanie język naszych zachodnich sąsiadów, nauka była tak śmiertelnie nudna, że zamiast czytać kolejne formy "Praterinum" z niekończącej się tabelki, zaczęłam czytać biografię Moliera...

Oglądnijcie nowe landszafty (skoro już mówimy o niemieckim ;).