Opowiadanie trzecie - szczypta grozy

Taka już stara ta kanapa… Totalne bezguście. Trochę śladów po pazurach większego kalibru, plama wylanej coli, zniszczony, wytarty brzeg. Nigdy nie miała kota –
Danny ma uczulenie. Nie piją też coli. To czemu to jest podrapane?

Nerwowo obraca głowę w tył, mało nie pęka jej szyja. Emily i Danny po cichu zawodzą w porysowanej szafie. Uspokajają się, ale któreś ciągle jeszcze raz po raz próbuje drapać drzwi. Śmieszne, jak zamknięte koty, których nigdy nie mieli. Klucz w kieszeni żakietu wesoło pobrzękuje o jakieś drobniaki, gdy energicznie wstaje, by zapalić świeczki. W pokoju teraz pali się tylko dyskretny świecznik, żaluzje zasunęła. Udaje, że jej nie ma. Żałosne, daremne wysiłki – jeśli dzieciaki się nie zamkną, na pewno przyjdzie – usłyszy JE. To by była głupia śmierć – samemu zawołać mordercę, który jej szukał. A tak, to chociaż kupi sobie chwilę, zanim sam ją znajdzie. No dobra.

Chmury odsłaniają wielki księżyc – dziś jest pełnia. Kątem oka dostrzega jaśniejszy zarys w oceanie głębokiego mroku, który nieudolnie usiłuje rozpraszać stary świecznik. Już? W końcu – wzdycha. Oczekiwanie wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby jej się wydawać wcześniej. To nie on – tylko lusterko odbiło światło księżyca. Sama je tak zawiesiła. Nad stołem w kuchni, bo fajnie wyglądało.

Któreś z dzieci rozpoczyna chyba trzecią salwę płaczu i jęków, ale ucisza je mocnym kopniakiem w drzwiczki szafy. Nagle przerażona kuca, gładzi miejsce wierzchem spierzchniętej dłoni. Nie pękło, są bezpieczne. Poczucie winy nagle przebija wysoką łuną nad odmęty emocji. Co ona robi? Dobra, nie ważne. Jest na schodach. Może sama się schowa? Nie, nie, nie. Niech to będzie kara – wiedziała, że przyjdzie, a nie wywiozła dzieci. Trudno, jak się zamkną, to ich nie znajdzie.

Myślała, że tacy, jak on robią wielkie wejścia – wyłanianie z mroku, zakradanie, dodatkowy strach i takie rzeczy. A on po prostu wchodzi po schodach (ma taki podobny chód do jej męża, wchodzi po stopniach z tym samym szuraniem stopami, powoli, niespiesznie, ale nie jak starzec, zdecydowanie i mimo tego zgrabnie.).. I to jeszcze w jakiejś głupiej masce. Wie, bo jej to napisał. Na kopercie, dużym drukiem, wyraźnie dziecięcym pismem. Na żółtej kopercie zaadresowanej wprost do jej domu, w której był pognieciony, jak psu z gardła, papierek z nabazgraną wiadomością. Teraz kładzie ją pod nóżką świecznika – niech sobie weźmie, jak chce. Ostatnim, co widzi jest maska  nierówno wycięta ze słabej reprodukcji „Krzyku” Muncha,  która powoli wyłoniła się zza jednolitej ściany czerni. A więc wielkie wejście było.

Facet wchodzi, czyni powinność i siada na kanapie.

***

No co, zmęczył się. Napawa się głupio sentymentalną myślą, że przedtem ona na niej siedziała. Może na tej poduszce? O, komoda. Schowa ją w tej części po lewo. Chyba się zmieści. Tak, to dobra myśl.


Musi odespać, jest teraz u siebie. Dokładnie okrywa się kocem, ale nie gasi brzydkiego świecznika na stole. Cos pod nim leży, zobaczy potem. Mimo ciepłego koca budzi się smutny. Cały sen wypełniały „Krzyki”. Wirujące, krzykliwe i krzyczące obrazy w jego głowie, mieniące się najróżniejszymi kolorami, rażące, jak psychiczne gify. Paranojotwórcze. Dlatego obudził się smutny. Ma teraz ochotę na tosta, myśli, że następnym razem weźmie Picassa albo van Gogha. Nie piekielnego Muncha. Przedtem zje tosta i wszystko pójdzie lepiej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz