niedziela, 28 lutego 2016

Wspomnienie o feriach...

Jako że w moim województwie ferie kończą się jutro, postanowiłam uczcić je postem! Oj, trudno będzie się znowu przestawić na "tryb szkolny", ale nie ma wyjścia...

Więc pewnego dnia wybrałyśmy się z Karoliną na spacer po okolicy, aby zdusić w sobie wyrzuty sumienia, że siedzimy tylko w domu przy "Sherlocku" i książkach zamiast korzystać z wolnego na dworze. A że miałyśmy ze sobą telefon...




































wtorek, 23 lutego 2016

Opowiadanie drugie - Tajemnica Końca Odc. 9

***

Pamiętała, że mimo późnej pory część uszczuplonego końcem świata społeczeństwa jeszcze jest na nogach.
Zwracając na siebie uwagę mogła sama wplątać się w niewygodną konieczność tłumaczenia. Dlaczego była  w lesie, czemu wygląda, jakby zobaczyła ducha i tak dalej.

Siliła się więc na zwykły wygląd - stare, dobre i znane od wieków "jak gdyby nigdy nic". Szczerze powiedziawszy, nawet jej się to udawało - w tamtym momencie byłą jak ładne, czyściutkie pudełeczko, do którego ktoś, lekkomyślnie bądź specjalnie, wrzucił walczące ze sobą owady. Albo gryzące szczury, co za różnica. Tak, jak jej kołatające myśli - każdy jest inny i każdy walczy z sąsiednim.

Gdy przybrała już twardą maskę kryjącą emocje, osoba trzecia mogłaby pomyśleć, że zwyczajnie poszła sobie przez las. Coś się opóźniło, szła na skróty, obojętnie co, a nie przeżyła właśnie coś, co nie dość, że zmieniło patrzenie na życie, filozofię życia, czy co to było, to jeszcze omal nie zeszła na zawał.

Cóż, na pewno myślały tak dzieci, o ile w ogóle ją zauważyły. Znienacka wyłoniły się zza górki około dwieście metrów dalej. Biegły w ciasnej grupie... Naśladując jej rozgrzewkę? Na to wyglądało. Na dodatek głośno skandowały jakieś hasło. Po kilku sekundach Maedan zdołała odróżnić pojedyncze słowa, coś jak "małe" i "drań". Chociaż bardziej możliwe było chyba "Maedan". Ale żenujące..., pomyślała. Myśli ni stąd, ni zowąd przybrały mniej dramatyczny kierunek. Pewnie to przez tę całą ceremonię... 

Ceremonia. Mogła sobie tak realistycznie wyobrazić stare przekupki i plotkary całej Osady, które na Targu głośno dzielą się imaginacjami, w co będzie ubrana, co powie....

Dlaczego o tym myślała? Może najzwyczajniej zapragnęła zmienić tor, jakim z impetem toczyły się jej chaotyczne myśli. Ten jednak uparcie i bezwzględnie pozostawał ten sam.

Alastor tego nie obejrzy...

W sumie nawet trochę chciała krzyknąć tym bezmyślnym dzieciakom, że w nocy niebezpiecznie biegać, co je napadło, żeby tak ryzykować i takie różne. Nawet chciała. Szczere, choć wątłe chęci brutalnie stłumiła ta plątanina myśli, których teraz było całe mrowie, a jedna przeczyła drugiej.

Skąd mogła wiedzieć, że polityka w Osadzie jest aż tak brutalna? Przecież to wyraźnie zakrawa na totalitaryzm. Całkowicie burzy jej dotychczasową filozofię życia i przeświadczenie, że choć trochę orientuje się w niepisanych prawach Osady. Albo NIKT w jej wieku nie miał pojęcia o życiu, albo tylko ONA dlatego, że ktoś się o to postarał. O tę błogą otoczkę nieświadomości.

Zorientowała się, że ona jej chaty jedyne w okolicy iskrzą czerwonawym blaskiem ognia z paleniska. Jest aż tak późno, że rodzice zdążyli przyjść? Moooże... Tak naprawdę nic się nie stało, a przewidujący Alastor wiedział, że przyjdę późno, przyszedł i czeka na mnie z jakąś historią do opowiedzenia? - marzyła.

Wchodząc do domu natknęła się na zawód - dom był pusty.

piątek, 19 lutego 2016

"A większą mi rozkoszą podróż niż przybycie!"

Dla niektórych jazda samochodem jest nudnym odcinkiem czasu, gdy bezczynnie siedzą w aucie i rozmyślają nad sensem życia, błądzą gdzieś myślami po dalekich odmętach umysłu. Inni mają wtedy czas dla siebie, nie ubolewają nad zerowym poziomem produktywności lub po prostu rozmawiają. Dla mnie podróż jakimkolwiek środkiem transportu jest najciekawszym elementem całego wyjazdu - byle długo i niezależnie od tego, gdzie jadę. Podróż jest dla mnie przede wszystkim muzyczną sesją, jak raz na ruski rok mam czas wsłuchać się w brzmienie licznych "kawałków" na przepełnionej karcie SD w telefonie.

Konkretny wyjazd, który mam na myśli miał miejsce jakoś przed świętami, jechaliśmy do Częstochowy. Jako statystyczny mieszkaniec Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej miałam całe pięćdziesiąt minut jazdy. Cóż, wolę dłuższe odcinki, ale i tym razem nie wybrzydzam. Poniżej dzieje wspomnianych wojaży.

Przez tanie słuchawki dobiegają nuty Metalliki, za to z radia niemal na cały regulator leci świąteczna melodyjka z rodzaju tych, które pozostają w głowie do samego końca dnia. Hmmm, takie wysmakowane połączenia niestety nie w moim guście. Brzmi to niczym jakaś groteskowa mieszanka losowych dźwięków. Zapewne dlatego, że na słuchawki nie wyłożyłam majątku. Teraz daje to o sobie znać.

Droga jest kilku pasmowa, więc mijają nas też inne samochody. Gdy niespodziewanie zrównujemy się na dłuższą chwilę z innym samochodem, postanawiam zajrzeć do małego światka w środku. Zdaje się, że to jakoweś małżeństwo, z tyłu za nimi siedzi dziewczynka z dwoma słodkimi blond kucykami uczesanymi równo po bokach głowy. Nawiązujemy kontakt wzrokowy, na sekundę, nie więcej. Lustruję ludzi - gdy na nich patrzę, moja niepierwszej nowości bluza w porównaniu wypada jeszcze mniej markowo niż zwykle. Wyższe sfery, oceniam szybko, a oni w chwili i niespodziewanie nas wyprzedzają i koniec.

Pogoda jest wyjątkowo paskudna - ciężkie, jak z ołowiu chmury prawie ścielą się po obrzydliwie mokrej ziemi, grożąc jeszcze jednym deszczem. Widoki z okna na tej trasie też nie są za ciekawe, dlatego gdy szyba wreszcie paruje od oddechów wcale jej nie przecieram. Daje to chociaż częściową zaporę od aury, która może na prawdę przyprawić o apatię. Jakby niebo miało depresję.

Długo nie cieszę się tą żałosną zasłoną, bo mama (kierowca) każe mi przetrzeć szybę. No tak, ale ze mnie egoistka. Nie mogąc się dłużej przed tym bronić, zwracam wzrok na landszaft.

Może i niepiękny, acz jaki inspirujący! - zauważam dopiero teraz.

Dużą część scenerii zajmują łąki - twory Wielkiej Natury, które człowiekowi są potrzebne jedynie do postawienia tandetnych bilboardów. Tylko do tego potrafią je wykorzystać, cóż, mamy to, na co pozwala kreatywność. Albo środki finansowe, kto wie. Biedni, płacą za wynajem ciężkie pieniądze najwyraźniej nie mając świadomości, że na ich wytwory mało kto zwraca uwagę.

Jedziemy dalej. Tutaj znów rośnie lasek brzozowy - drzewka skazane na smoliste spaliny zamiast powietrza. Od dołu okopcone - czyżby ktoś wypalał trawy? Hmmmm... Trochę przypominają mi laski w czarnych rajtuzach. Tlenione, jasne włosy, krótkie spódniczki i czarne rajtuzy. Inspirujące skojarzenia, uwielbiam to.

Niestety, przez zielone słuchawki przebija się głos babci, że dojeżdżamy. Nagle oblewa mnie to dziwne napięcie, co zawsze - niby chcę dojechać, nienawidzę trwonić czasu w zamkniętej kabinie samochodu, takie nieproduktywne! Ale też i nie chcę dotrzeć do tego celu, bo dojazd oznacza, że najlepsza część podróży się skończyła. Nie lubię zaczynać od najlepszego - najlepsze zawsze zostawiam na koniec.

Jeszcze szybka kalkulacja - mam całe dziewięć minut, co w przeliczeniu daje calutkie dwie piosenki. Bez paniki. Szybki ruch palca po ekranie i oczywisty wybór - Nirvana, potem Awolnation.

I koniec. Ende. W ten sposób "akt" wysiadania z samochodu nabiera symboliki - siadam cała zwykła, wstaję z głową nabitą pomysłami, setką nowych opowiadań i esejów, złotych myśli. Bogatsza o konkluzje na temat wszystkiego. A to wszystko zapisane w "Notatkach", mini aplikacji w telefonie, bez której bym się zgubiła. W plątaninie własnych myśli.


sobota, 13 lutego 2016

Opowiadanie trzecie - szczypta grozy :)

Hej! Mam zaszczyt przedstawić... Moje pierwsze opowiadanie grozy! Jeżeli wierzyć opiniom Karoliny, które wygłosiła po przeczytaniu, chyba nie jest złe, choć nigdy nie czytałam zbyt wielu opowiadań tego typu i porwałam się na nie pod wpływem impulsu, nagłej weny ;) Zapraszam do czytania.

***

Taka już stara ta kanapa… Totalne bezguście. Trochę śladów po pazurach większego kalibru, plama wylanej coli, zniszczony, wytarty brzeg. Nigdy nie miała kota –
Danny ma uczulenie. Nie piją też coli. To czemu to jest podrapane?

Nerwowo obraca głowę w tył, mało nie pęka jej szyja. Emily i Danny po cichu zawodzą w porysowanej szafie. Uspokajają się, ale któreś ciągle jeszcze raz po raz próbuje drapać drzwi. Śmieszne, jak zamknięte koty, których nigdy nie mieli. Klucz w kieszeni żakietu wesoło pobrzękuje o jakieś drobniaki, gdy energicznie wstaje, by zapalić świeczki. W pokoju teraz pali się tylko dyskretny świecznik, żaluzje zasunęła. Udaje, że jej nie ma. Żałosne, daremne wysiłki – jeśli dzieciaki się nie zamkną, na pewno przyjdzie – usłyszy JE. To by była głupia śmierć – samemu zawołać mordercę, który jej szukał. A tak, to chociaż kupi sobie chwilę, zanim sam ją znajdzie. No dobra.

Chmury odsłaniają wielki księżyc – dziś jest pełnia. Kątem oka dostrzega jaśniejszy zarys w oceanie głębokiego mroku, który nieudolnie usiłuje rozpraszać stary świecznik. Już? W końcu – wzdycha. Oczekiwanie wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby jej się wydawać wcześniej. To nie on – tylko lusterko odbiło światło księżyca. Sama je tak zawiesiła. Nad stołem w kuchni, bo fajnie wyglądało.

Któreś z dzieci rozpoczyna chyba trzecią salwę płaczu i jęków, ale ucisza je mocnym kopniakiem w drzwiczki szafy. Nagle przerażona kuca, gładzi miejsce wierzchem spierzchniętej dłoni. Nie pękło, są bezpieczne. Poczucie winy nagle przebija wysoką łuną nad odmęty emocji. Co ona robi? Dobra, nie ważne. Jest na schodach. Może sama się schowa? Nie, nie, nie. Niech to będzie kara – wiedziała, że przyjdzie, a nie wywiozła dzieci. Trudno, jak się zamkną, to ich nie znajdzie.

Myślała, że tacy, jak on robią wielkie wejścia – wyłanianie z mroku, zakradanie, dodatkowy strach i takie rzeczy. A on po prostu wchodzi po schodach (ma taki podobny chód do jej męża, wchodzi po stopniach z tym samym szuraniem stopami, powoli, niespiesznie, ale nie jak starzec, zdecydowanie i mimo tego zgrabnie.).. I to jeszcze w jakiejś głupiej masce. Wie, bo jej to napisał. Na kopercie, dużym drukiem, wyraźnie dziecięcym pismem. Na żółtej kopercie zaadresowanej wprost do jej domu, w której był pognieciony, jak psu z gardła, papierek z nabazgraną wiadomością. Teraz kładzie ją pod nóżką świecznika – niech sobie weźmie, jak chce. Ostatnim, co widzi jest maska  nierówno wycięta ze słabej reprodukcji „Krzyku” Muncha,  która powoli wyłoniła się zza jednolitej ściany czerni. A więc wielkie wejście było.

Facet wchodzi, czyni powinność i siada na kanapie.

***

No co, zmęczył się. Napawa się głupio sentymentalną myślą, że przedtem ona na niej siedziała. Może na tej poduszce? O, komoda. Schowa ją w tej części po lewo. Chyba się zmieści. Tak, to dobra myśl.


Musi odespać, jest teraz u siebie. Dokładnie okrywa się kocem, ale nie gasi brzydkiego świecznika na stole. Cos pod nim leży, zobaczy potem. Mimo ciepłego koca budzi się smutny. Cały sen wypełniały „Krzyki”. Wirujące, krzykliwe i krzyczące obrazy w jego głowie, mieniące się najróżniejszymi kolorami, rażące, jak psychiczne gify. Paranojotwórcze. Dlatego obudził się smutny. Ma teraz ochotę na tosta, myśli, że następnym razem weźmie Picassa albo van Gogha. Nie piekielnego Muncha. Przedtem zje tosta i wszystko pójdzie lepiej. 

wtorek, 9 lutego 2016

Zdjęcia - gitarowa niedziela z Karo plus Czesiowo-kotełowy dodatek

 Kolejne zdjęcia są po prostu owocem niedzielno - popołudniowej nudy ;)













Nauczycielem wszystkiego jest praktyka, jak mawiał Juliusz Cezar. Moim nauczycielem jest Karolina ;)











sobota, 6 lutego 2016

Opowiadanie drugie - Tajemnica Końca Odc. 8

Znowu opowiadanie ;) Wiem, że dawno nie publikowałam kolejnego odcinka, postaram się zreflektować, bo w ostatnim czasie niestety wena twórcza jakoś nie nadeszła ;) Udało mi się jednak wybrnąć z sytuacji i przedstawiam odcinek 8! (jakby ktoś chciał sobie przypomnieć ;) http://dezawi.blogspot.com/2016/01/opowiadanie-drugie-tajemnica-konca-odc-7.html )


To, co mówię jest... jakby to... "niebezpieczne pod względem politycznym", jak oni to zapewne nazywają. Rozumiesz? Nie podoba im się to.
- Że niby historie, które opowiadasz? Ale skąd wiedzą, co mówisz? Mogą mieć... nie wiem ... szpiega?
- Podejrzewam, ze niejednego. W tej kwestii chyba mówimy o licznie mnogiej. Jeżeli sam się nie wyniosę, oni to sami załatwią. Z resztą próbowali całkiem nie tak dawno. Mówię ci, znałem ludzi, którzy znaleźli się w tej samej sytuacji i nie zamierzali opuścić Osady. Muszę stąd uciekać, bo teraz jestem wrogiem politycznym, jak wcześniej inni, których nazwiska zdobią teraz nagrobki.
- Ale przecież twoje opowieści nikomu nie szkodzą, szczerze powiedziawszy, mało kto w nie wierzy... To takie nieprawdopodobne, że w przeszłości naprawdę było tak, jak mówiłeś...
- Serio? - wyglądał na zdziwionego, ale nie obrażonego - widać władze Osady mają inne zdanie. Przynajmniej oni wiedzą, że mówię prawdę - cień uśmiechu na sekundę zmienił linię jego ust - te nieprawdopodobne historie, jak je nazywasz, były ZAWSZE prawdziwe, choć niekoniecznie wygodne dla organów ścigania. Pamiętasz kilka z nich? - przytaknęła. Pomyślała o opowiadaniu Alastora o czymś, co nazywał Internetem. Zdaje się, że było to coś w rodzaju sieci, gdzie można było znaleźć wszystko, mógł pomagać w wielu kwestiach, nie trzeba było mieć wszechstronnej wiedzy, bo wszystko można było tam znaleźć. W prawie każdym aspekcie życia. Pamiętała też, że Internet stał się obiektem uzależnienia wielu ludzi, którzy przez cienkie, prostokątne urządzenia mieszczące się w dłoni  korzystając z niego tracili kontakt z ludźmi. Nazywał je telefonami, które z kolei...
- Nie wierzyłaś  w nie, ale wszystkie były prawdziwymi wspomnieniami sprzed końca. Tak, wtedy życie było bez zarzutu, wszystko w zasięgu ręki, nikt nie musiał ryzykować, aby przeżyć kolejny dzień, wymiar sprawiedliwości, władza, SYSTEM były prawie doskonałe. Ludzie stworzyli imperium, jakiego trzecia planeta od Słońca nie widziała. Mówię ci, świat kiedyś wyglądał inaczej. Lepiej. Wiesz, wszystko na pierwszy rzut oka wygląda OK. Wewnętrznie...
- Aha, i oni uważają, że ta wiedza, którą przekazujesz, relacje z przeszłości, doprowadzą do jakiegoś... no ... powstania uciśnionych w Osadzie, czy co? 
- Myślę, że tak, bo zapewne nie udałoby im się poradzić sobie z całą Osadą, jeśliby się zbuntowała. Lepiej uciszyć jednego dziada, niż potem cały lud. Ale słuchaj: ten świat, w którym teraz żyjemy, to wina tylko  i wyłącznie LUDZI. Sami się wyniszczamy. Cały czas. Nie tylko siebie, ale Ziemię też. Ktoś to widzi i postanowił to zmienić.
- No nie wiem... Dlaczego niby coś miałoby się zmieniać?
- Bo ludzie sami do tego dążą. Może nieświadomie, ale jednak. Zrozum - powiedział z naciskiem - przed wiekami było dobrze, łatwo było żyć. Ale sami to zniszczyliśmy i będziemy robić to dalej. Coś się zmieni - powtórzył - i uwierz mi w to. Uwierz. Nie rozgniewam się, jeśli tego nie zrobisz, bo sama to zobaczysz. Tyle, że jeszcze nie teraz. Jeszcze cię odwiedzę, obiecuję. A teraz pozwolisz... - wszedł do miejsca, gdzie wcześniej się chował, zabrał woreczek ziół. Roztaczały dziwną woń, której wcześniej nie zauważyła. Ruszył wydeptanym traktem w przeciwną do Osady stronę, nie obracając głowy w jej stronę. Bez pożegnania, jakby mieli znów się zobaczyć za dziesięć minut. Łzy z prędkością światłą zabłysły w jej oczach, przysłaniając na chwilę widok smutną mgiełką. Zdławiły głos i nie mogła go zawołać,a gdy się opanowała, jego plecy zostały ostatecznie wchłonięte przez mrok nocy.

Wyszła z lasu, emocje, które powinny nią targnąć, gwałtownie zdławiła. Wyobraziła sobie,że przykrywa je ciężkim, grubym kocem i nie pozwala się wydostać. Przecież nie mogła rozsypać się w środku lasu w środku nocy. Wyszła z gąszczu na nocne powietrze, miło owiewające twarz. Odmienne od tego leśnego, jakby tamten świeżutki, okropny rozdział życia, którego karty dopiero co zostały otwarte, mogła już opuścić. Bardzo tego chciała.