wtorek, 29 grudnia 2015

Opowiadanie drugie - Tajemnica Końca - Odc. 4

Z resztą nikt nie mógł nawet przypuszczać, co tam się wydarzyło. Nieświadoma niczego Maedan poszła do domu, skromnej chaty na uboczu. Nieuświadomieni mieszkańcy często odmawiali im zwykłej pomocy sąsiedzkiej, gdyż w całej Osadzie krążyły jakże mylne przekonania o rodzinach Pośredników. Myśleli, że żyją w nieporównywalnie lepszych warunkach od reszty i cieszą się poważaniem strażników, co było kompletną bzdurą - przez wspomniany brak pomocy plus zapracowanie, przez które prawie nie byli w domu, ich chata była chyba najbardziej zapuszczona ze wszystkich. Ale jak to w takich sytuacjach bywa, tego pospólstwo nie raczyło już zauważyć. Żyli więc sobie w izolacji uprzedzonego społeczeństwa, choć na życie publiczne przy takiej ilości obowiązków i tak nie starczało czasu. Wystarczało im w zupełności własne towarzystwo, gdy wieczorami, zmęczenie do granic możliwości siadali przy ogniu i rozmawiali o wszystkim i o niczym. Wbrew pozorom, rodzina Maedan bardziej niż na przykład wypadku przy pracy (co w ich przypadkach było możliwe aż za bardzo) bała się oddalenia od siebie i zaniku rodzinnych relacji.

Wchodząc do domu, poczuła uderzającą pustkę. Zwykle przychodziła ostatnia i rodzice czekali już przed paleniskiem z herbatą lub małym posiłkiem. Zjadła coś i postanowiła, że zrobi coś w domu.Zaczęła od sprzątania, a gdy uznała, że większość jest zrobiona, udała się po węgiel do składu. Zabierając ze sobą duże blaszane wiadro i lekką łopatę pomyślała jeszcze raz o Alastorze. Może rzeczywiście był chory? Nawet jeśli, to przecież sobie poradzi - jest w końcu świetnym zielarzem - ba - nawet najlepszym w calutkiej Osadzie (pomijając fakt, że jedynym). Ale nie może to być nic poważnego, bo dużej epidemii nie było w Osadzie od ponad trzydziestu lat. Dawniej często nawiedzały tutejszą ludność, większe, lub mniejsze, ale zawsze straty w ludziach były  bardzo dotkliwe, po części dlatego, że tutaj każdy znał się z każdym.

Skład było to jedyne wybrukowane, a raczej jako tako wyłożone ugładzonymi kamieniami miejsce, gdzie węglowy pył z wielkiej sterty był gnany przez wiatr po nawierzchni, jakby płynął. Lubiła patrzeć, jak szaroczarny węglowy kurz cięższy od powietrza "przepływa" po ciemnoszarym podłożu przywodząc na myśl... Coś złowieszczego? Mogło to przypominać wiele pesymistycznych skojarzeń, a Maedan to lubiła.W ogóle odporność na strach była jej potrzebna, na przykład gdy w nocy po skończonej pracy musiała wracać na skróty starym tunelem kolejowym albo lasem.

Z węglem zeszło jej do samego zachodu słońca, bo napełniwszy całe wielkie wiadro, zagapiła się na niesamowitą grę światła na fasadzie budynku kilkanaście metrów dalej, tak, że potknęła się o wystający kamień albo własną nogę, zdarła kolana i łokcie, które stały się węglowoczarne. Pomyślała, że mogłaby wrócić przez las, bo było jeszcze jasno, a co za tym idzie, trochę mniej przerażająco i oczywiście szybciej. Nigdy nie widziała tej drogi w dzień i ciekawa była, jak wygląda, gdy idzie się nią bez poczucia strachu, że coś wyłoni się zza ściany mroku i zabije ją czy coś w tym guście. Skierowała się więc w stronę zagajnika, zwróciła fiołkowe oczy ku słońcu i szybkim krokiem doszła do lasu.

Nieco się jedna przeliczyła, bowiem mając od zachodu strzelisty las a od wschodu szczere pole, niknącą poświatę słońca zasłoniętą miała koronami drzew. Ciemność przez to znacznie się pogłębiła, a nawet nadała blaskowi słońca trochę tajemniczości. Może byłoby to piękne w innych okolicznościach. W połowie drogi było już prawie ciemno.

środa, 23 grudnia 2015

If you know what I mean - proces twórczy w moim wykonaniu




W moim pokoju, wieczorem, z zapalonym światłem, najczęściej w towarzystwie kota i świnki. Najlepiej na podłodze - wtedy przychodzi więcej pomysłów. Grawitacja ściąga je na ziemię? Wokół mnóstwo kartek, potrzebnych i trochę mniej. Długopis i ołówek obowiązkowe. I oczywiście nieodzowny, wysłużony zeszyt na kółku, pogryziony w kilku miejscach przez Cześka (widocznego na załączonym obrazku), niechlujny i w całości odzwierciedlający mój charakter. Najpierw na papierze, dopiero potem na ekranie. Na papier łatwiej przelać jeśli, wyrazić to, co ma się do powiedzenia. Co do tego, zawsze papier na pierwszym miejscu - tradycyjnie i konserwatywnie. A inspiracja? Czasem się trafi, ale nigdy w oczekiwanej chwili. Dlatego niezależnie od miejsca i czasu trzeba mieć ze sobą kartkę, opcjonalnie telefon, żeby szybko utrwalić genialną myśl, ubiec własną sklerozę. Szybko, bo te ulatniają się szybciej, niż wodór z niezakrytej niczym probówki po udanej reakcji.  To nie to, że myślę, że każda moja myśl jest warta powiedzenia czy zapisania, bo jak mawiała Szymborska "myśli warte powiedzenia rodzą się raz na epokę ". Ta genialna myśl to nie wszystko - jeszcze trzeba przenieść ją na papier. Och, jak trudno zabrać się do pisania! Ale dobra, skoro już przysiadłam, biorę długopis do ręki i co dalej? Z perspektywy osoby trzeciej - skrobanie bez końca. Ale w rzeczywistości to zadanie dla odpowiedzialnych. Wcielenie się w ambasadora własnych wymysłów nie jest łatwe. Łatwo pomyśleć, trudniej dobrać słowa. Ok, skończone. Teraz tylko upublicznić i gotowe. Ot, cały "proces twórczy". Oczywiście bez sprawdzania, całkowicie ufam komputerowi, że poprawi ewentualne błędy, Bez czytania drugi i setny raz, wbrew wszelkim poradnikom typu "jak pisać opowiadania" i tak dalej, bo i tak wiem, że jeśli w ogóle kiedykolwiek w przyszłości zechcę to przeczytać, będę miała tysiące pomysłów, jak można było to INACZEJ albo LEPIEJ napisać. Pozostaje tylko czekać na nowe pomysły, bo jedno jest pewne - na zawołanie nie da się nic dobrego stworzyć.
                

sobota, 19 grudnia 2015

Opowiadanie drugie - Tajemnica Końca - Odc. 3

Wizja wolnego dnia, bez narzuconego z góry sposobu jego spędzenia, bardzo ją ucieszyła, toteż niemal od razu zapomniała o zmęczeniu. Weszła na rynek z towarzyszącym jej zawsze wtedy podekscytowaniem. Może i asortyment nie był bogaty, za to zachwycał barwami i różnorodnością kształtów. W ten sposób mieszkańcy nadrabiali chociaż wizualnie towarzyszącą i wszechobecną biedę. Chciała odszukać znajomego starca, którego historie wręcz ubóstwiała. Uwielbiała jego styl opowiadania i intrygował sposób mówienia - dziwne zakańczanie zdań, jakby podkręcał słowami swe długie, białe wąsy, trzymające się w nienagannym ułożeniu zagadkowym sposobem.

Ku swojemu zdziwieniu, spostrzegła jednak jego brak na placu targowym. Zwykle zajmował niski prowizoryczny stołek z pieńka obok straganu w przyprawami i ziołami - kochał ich zapach i potrafił zrobić z nich chyba wszystko. Zdumiała się, nie mogąc go znaleźć, gdyż odkąd pamiętała, zawsze był na rynku i zawsze mogła do niego przyjść. Może po prostu zmienił zwykłe miejsce? Zadała sobie pytanie, ale po chwili zaczęła wpadać w panikę. Do tej pory nie było dnia, żeby nie siedział w swoim zwykłym, nasłonecznionym miejscu czekając, aż skończy pracę i przyjdzie albo opowiadając tym, którzy chcieli go słuchać, historie zamierzchłych czasów lub swoje autorskie, wymyślone.

Coraz bardziej gorączkowo przeciskała się przez ludny zwykle o tej porze udeptany plac, ale ludzie bynajmniej nie współpracowali - ciągle czuła pełne irytacji źle wymierzone pchnięcia łokciami w żebra i posykiwania. Nic dziwnego, chciała szybko przedostać się przez tłuszczę i odnaleźć przyjaciela, przez co niezbyt miała na uwadze podrażniony przepychaniem tłum.Okrążywszy miejsca, gdzie przypuszczała, że będzie postanowiła spytać zaprzyjaźnioną przekupkę - Amelię. Była nieszkodliwa, jej życie wypełniały jedynie plotki i pogłoski, które szerzyła z właściwą sobie skutecznością i żarliwością. Na jej pytanie odpowiedziała niepokojąco:
-Widziałam, jak się tu kręcisz - ależ oczywiście, nic nie mogło umknąć jej uwadze - i domyśliłam się, czego szukasz. Alastora nie ma już od dwóch dni i wszyscy to zauważyli. Nie, nikt go tu nie widział, ale stara Sae rozpowiada, ze zachorował.

Celowo nie dopuściła do wiadomości ostatniego zdania, by jeszcze bardziej się nie niepokoić. Pomyślała, że Sae pewnie posłyszała jakieś plotki (których ostatnimi czasy krążyła całkiem pokaźna ilość). Po chwili przyłapała się na tym, że stoi na przeciwko Amelii o otwartymi szeroko oczami i półotwartymi ustami. Szybko się zreflektowała.
- Przepraszam, zaskoczyłaś mnie. Ja już pójdę - dodała zdawkowo i czym prędzej się oddaliła.

Niemożliwe, żeby coś mu się stało - myślała. Po prostu nie chciała w to uwierzyć. Pomyślała, że skoro dziś go nie ma, wróci jutro (innej możliwości w ogóle nie brała pod uwagę). Gdy zdołała sama siebie o tym przekonać, postanowiła, że zrobi coś w domu. Pracy i tak pewnie już jest nawał, przecież prawie tam nie przebywała, a jej rodzice również pracowali całymi dniami. Trochę się rozluźniła, gdy dostrzegła na wzgórzu chatę Alastora, i jej duże okna, rozjaśniane przez wesołe miganie płomieni z życiodajnego paleniska. Szkoda, że nie zauważyła braku dymu z otworu w dachu.


czwartek, 10 grudnia 2015

Opowiadanie drugie - Tajemnica Końca - Odc 2

Ale w sumie to niczego nie zmieniało i ta wiedza nie była nikomu do życia potrzebna. Nadal musieli pracować, nadal warunki były niesamowicie ciężkie, a tak poza tym, nic już raczej nie mogło odwrócić faktu, że tak jakby koniec świata już był. I to nawet całkiem dawno. Tak było i koniec.

Dziad zgodził się, przy czym ostro przypomniał jej, że zbliża się ostatni dzień szkolenia, a co za tym idzie, ceremonia. Głównie chodziło o to, że miała dostać swoje pierwsze porządne ubrania na zimę. Choć może wydawać się to dziwne, to właśnie jej w całej Osadzie najbardziej były potrzebne. Zwykli mieszkańcy podczas tutejszych srogich zim całe doby przesiadywali w domach przy ogniu, a pracownicy Stanowisk pracowali w swych zakładach, rozgrzewając się ciężką pracą. Nikt o zdrowych zmysłach nie wychodził na ścinający wszelki płyn mróz, tylko ona musiała poruszać się po dworze. Do tej chwili musiała radzić sobie z tym, co miała, a nie było łatwo. Przecież nikt nie dałby jej zimowych ubrań skoro nie wiadomo było, czy przeżyje szkolenie.

Dawniej w Osadzie trzymano dość duży zapas zimowego ekwipunku, ale zgromadzone zostały tylko i wyłącznie dla Pośredników. Jednak czas nie był sprzymierzeńcem tych i tak skromnych zapasów - czasem dohodziło do kradzieży albo zawistnego niszczenia tego niezwykle cennego sprzętu, lub po prostu dobierały się do niego szczury. Te wielkości małych psów potrafuły zniszczyć je doszczętnie. Pech chciał, że teraz w magazynie znajdował się tylko jeden zestaw.

Wszyscy, którzy byli nieco bardziej zorientowani w sprawach organizacyjnych Osady bardzo martwili się, co zorganizować dla następnego Pośrednika. Niemal nie sposób było przetrwać, gdy nie miało się ubrań (do tej pory jakoś z trudem wytrwała, ale nie miała ochoty dalej biegać w krępującej ruchy ciała wełnie z domieszką izolującego plastiku).

Oprócz samego wręczenia na ceremonię składało się wiele innych elementów, ale Maedan uważała je za śmiertelnie nudne. Były to między innymi występy dzieci czy czcze frazesy misternie układanych przemów dostojników całej Osady. Ceremoniał był obszerny, ale i tak cały obrządek skupiał się tylko wokół niej, jednakowoż zbytnio jej to nie przeszkadzało. W tym roku ceremonia miała być o tyle ciekawsza, że znaleziono stary noktowizor z końca dwudziestego pierwszego wieku i jego prezentacja miała być gwoździem programu. Może i nie był najnowszej technologii, ale zawsze ułatwienie dla niej, bo niejednokrotnie musiał wracać po całym dniu całkiem po ciemku, a nie wiadomo, co wyjdzie zza krzaków.

Ponownie pogrążając się w zamyśleniu, opuściła Kwaterę. Skierowała się do centrum Osady - czyli prowizorycznego targu (jakby mieli czym handlować) - by posłuchać, co też ciekawego mają do powiedzenia starzy ludzie. Lubiła szczególnie słuchać opowieści z dawnych czasów, które rzekomo pamiętali staruszkowie. W rzeczywistości były tak ukoloryzowane, że nikt nie miał wątpliwości, że nie są w stu procentach prawdziwe.

niedziela, 6 grudnia 2015

Opowiadanie drugie - Tajemnica Końca - Odc. 1

Po piętnastym kilometrze nieźle umięśnione nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Maedan pomyślała, że zaraz potruchta do Dziada, aby na dzisiaj zwolnił ją z pracy. Było jeszcze wczesne przedpołudnie, ale mimo to przepracowała dzisiaj już dzienny przydział pracy. Dziad był dokładnie taki, jak wskazywał jego przydomek, nadany dawno temu przez Średnich. W rzeczywistości nosił podniosły tytuł Wielkiego Przedstawiciela, ale chyba sam nie pamiętał swojego prawdziwego, niegdysiejszego imienia, bo był tak stary, że jego śnieżnobiała broda i włosy w tymże kolorze ciągnęły się daleko za tronem, elegancko przerzucone przez spracowane za młodu ramię. W oczy rzucał się też brak jednego palca, na temat czego snuto różne insynuacje, ale wobec tak długiego życia możliwości do jego straty było tak dużo, że nie sposób zgadnąć, jak do tego doszło. Przywódca był najstarszy w osadzie, krążyły nawet legendy, że pamięta koniec dwudziestego drugiego wieku. Mało kto  miała prawo odnosić się do niego tak, jak Maedan bez groźby kary natychmiastowej śmierci. Tak, czyli bez licznych pokłonów, strachu, skruszenia i pokory. Dla innych w Osadzie nie do pomyślenia: podejść do Wielkiego Przedstawiciela bez równie ważkich, jak i bezcelowych pokłonów i gestów szacunku. Jednakże Maedan była do tego więcej niż upoważniona, mimo tego, że miała dopiero piętnaście lat. Powód tego wyjątku był jeden, lecz jakże prosty - była Pośrednikiem. Spieszę z wyjaśnieniami - otóż jej funkcją było sprintowanie między Stanowiskami (miejsca, gdzie wykonuje się różne Fachy - prace potrzebne do zapewnienia samowystarczalności Osady), pomoc w każdym z nich, przez co musiała opanować podstawy wszystkich Fachów w stopniu pozwalającym pomagać w podstawowych problemach. Jeżeli nie opanowała danej funkcji, musiała biec dodatkowe kilometry po kogoś bardziej kompetentnego, co kosztowało niemałe uszczerbki na sile, a tego przecież chciała uniknąć. I choć ciągle się szkoliła, czasami jeszcze musiała, rada, nierada nadłożyć trochę drogi przez niekompetencje, pieczołowicie tępioną przez wszystkich przełożonych w poszczególnych Stanowiskach. Powinni zrozumieć, że będąc piętnastolatką, nie może ogarnąć tego wszystkiego i jeszcze spełniać te wszystkie ich wygórowane żądania...

Droga do Kwatery była długa, więc miała czas, aby pomyśleć. Oddając się przemyśleniom, uporządkowawszy wiele spraw w myślach dotarła w końcu do celu. Kwaterę umieszczono w w prawym skrzydle Ośrodka, który z kolei wybudowano od wschodniej strony Osady, odgradzał on budynki gospodarcze od części w kształcie okręgu - zasadniczej Osady, gdzie poruszali się zwykli mieszkańcy, gdzie były ich mieszkania, Stanowiska i wszystko, co należało do Osady. Weszła przez bogato zdobione drzwi do budynku, oddając zwykłe, beznamiętne i sztywne pokłony w stronę strażników w chromowanych pancerzach. Po tylu latach czyniła to już całkowicie machinalnie. Ale na początku bardzo się ich bała i czuła się zaszczycona, kiedy odpowiadali tym samym, co leżało przecież w ich obowiązku.

Śmiesznie wyglądali, cali na szaro, na tle ścian i wystroju, gdzie królowały królewskie czerwienie. Przemieszczała się posuwistym krokiem do drzwi głównego gabinetu. Bezceremonialnie otworzyła drzwi, uprzednio pukając nieco od niechcenia i wyklarowała sprawę, dlaczego narusza jego spokój. Oddawszy głos Dziadowi na wstępie przewróciła oczami, albowiem wyczuła w tonie jego głosu nutkę natchnionego brzmienia, co świadczyło, ze zaraz zacznie prorokować.

Rzekomo miał dar przepowiadania przyszłości i widzenia rzeczy, o których im sie nawet nie sniło. Chyba tylko Maedan z całej Osady nie wierzyła i nie bała się pozornego "uzdolnienia" przywódcy.

Ale myliła się w przypuszczeniu, bo w porę wyrwała go z tego stanu i zwrócił ku niej w pełni swiadomie turkusowe oczy, których źrenice czasami przybierały barwę mleka. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się działo.