Opowiadanie drugie - Tajemnica Końca

(zawieszone)

Tajemnica Końca
P

o piętnastym kilometrze nieźle umięśnione nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Maedan pomyślała, że zaraz potruchta do Dziada, aby na dzisiaj zwolnił ją z pracy. Było jeszcze wczesne przedpołudnie, ale mimo to przepracowała dzisiaj już dzienny przydział pracy. Dziad był dokładnie taki, jak wskazywał jego przydomek, nadany dawno temu przez Średnich. W rzeczywistości
nosił podniosły tytuł Wielkiego Przedstawiciela, ale chyba sam nie pamiętał swojego prawdziwego, niegdysiejszego imienia, bo był tak stary, że jego śnieżnobiała broda i włosy w tymże kolorze ciągnęły się daleko za tronem, elegancko przerzucone przez spracowane za młodu ramię. W oczy rzucał się też brak jednego palca, na temat czego snuto różne insynuacje, ale wobec tak długiego życia możliwości do jego straty było tak dużo, że nie sposób zgadnąć, jak do tego doszło. Przywódca był najstarszy w osadzie, krążyły nawet legendy, że pamięta koniec dwudziestego drugiego wieku. Mało kto  miała prawo odnosić się do niego tak, jak Maedan bez groźby kary natychmiastowej śmierci. Tak, czyli bez licznych pokłonów, strachu, skruszenia i pokory. Dla innych w Osadzie nie do pomyślenia: podejść do Wielkiego Przedstawiciela bez równie ważkich, jak i bezcelowych pokłonów i gestów szacunku. Jednakże Maedan była do tego więcej niż upoważniona, mimo tego, że miała dopiero piętnaście lat. Powód tego wyjątku był jeden, lecz jakże prosty - była Pośrednikiem. Spieszę z wyjaśnieniami - otóż jej funkcją było sprintowanie między Stanowiskami (miejsca, gdzie wykonuje się różne Fachy - prace potrzebne do zapewnienia samowystarczalności Osady), pomoc w każdym z nich, przez co musiała opanować podstawy wszystkich Fachów w stopniu pozwalającym pomagać w podstawowych problemach. Jeżeli nie opanowała danej funkcji, musiała biec dodatkowe kilometry po kogoś bardziej kompetentnego, co kosztowało niemałe uszczerbki na sile, a tego przecież chciała uniknąć. I choć ciągle się szkoliła, czasami jeszcze musiała, rada, nie rada nadłożyć trochę drogi przez niekompetencję, pieczołowicie tępioną przez wszystkich przełożonych w poszczególnych Stanowiskach. Powinni zrozumieć, że będąc piętnastolatką, nie może ogarnąć tego wszystkiego i jeszcze spełniać te wszystkie ich wygórowane żądania...

Droga do Kwatery była długa, więc miała czas, aby pomyśleć. Oddając się przemyśleniom, uporządkowawszy wiele spraw w myślach dotarła w końcu do celu. Kwaterę umieszczono w  prawym skrzydle Ośrodka, który z kolei wybudowano od wschodniej strony Osady, odgradzał on budynki gospodarcze od części w kształcie okręgu - zasadniczej Osady, gdzie poruszali się zwykli mieszkańcy, gdzie były ich mieszkania, Stanowiska i wszystko, co należało do Osady. Weszła przez bogato zdobione drzwi do budynku, oddając zwykłe, beznamiętne i sztywne pokłony w stronę strażników w chromowanych pancerzach. Po tylu latach czyniła to już całkowicie machinalnie. Ale na początku bardzo się ich bała i czuła się zaszczycona, kiedy odpowiadali tym samym, co leżało przecież w ich obowiązku.

Śmiesznie wyglądali, cali na szaro, na tle ścian i wystroju, gdzie królowały królewskie czerwienie. Przemieszczała się posuwistym krokiem do drzwi głównego gabinetu. Bezceremonialnie otworzyła drzwi, uprzednio pukając nieco od niechcenia i wyklarowała sprawę, dlaczego narusza jego spokój. Oddawszy głos Dziadowi na wstępie przewróciła oczami, albowiem wyczuła w tonie jego głosu nutkę natchnionego brzmienia, co świadczyło, ze zaraz zacznie prorokować.

Rzekomo miał dar przepowiadania przyszłości i widzenia rzeczy, o których im sie nawet nie śniło. Chyba tylko Maedan z całej Osady nie wierzyła i nie bała się pozornego "uzdolnienia" przywódcy.

Ale myliła się w przypuszczeniu, bo w porę wyrwała go z tego stanu i zwrócił ku niej w pełni świadomie turkusowe oczy, których źrenice czasami przybierały barwę mleka. Nikt nie wiedział, dlaczego tak się działo.

Ale w sumie to niczego nie zmieniało i ta wiedza nie była nikomu do życia potrzebna. Nadal musieli pracować, nadal warunki były niesamowicie ciężkie, a tak poza tym, nic już raczej nie mogło odwrócić faktu, że tak jakby koniec świata już był. I to nawet całkiem dawno. Tak było i koniec.

Dziad zgodził się, przy czym ostro przypomniał jej, że zbliża się ostatni dzień szkolenia, a co za tym idzie, ceremonia. Głównie chodziło o to, że miała dostać swoje pierwsze porządne ubrania na zimę. Choć może wydawać się to dziwne, to właśnie jej w całej Osadzie najbardziej były potrzebne. Zwykli mieszkańcy podczas tutejszych srogich zim całe doby przesiadywali w domach przy ogniu, a pracownicy Stanowisk pracowali w swych zakładach, rozgrzewając się ciężką pracą. Nikt o zdrowych zmysłach nie wychodził na ścinający wszelki płyn mróz, tylko ona musiała poruszać się po dworze. Do tej chwili musiała radzić sobie z tym, co miała, a nie było łatwo. Przecież nikt nie dałby jej zimowych ubrań skoro nie wiadomo było, czy przeżyje szkolenie.

Dawniej w Osadzie trzymano dość duży zapas zimowego ekwipunku, ale zgromadzone zostały tylko i wyłącznie dla Pośredników. Jednak czas nie był sprzymierzeńcem tych i tak skromnych zapasów - czasem dochodziło do kradzieży albo zawistnego niszczenia tego niezwykle cennego sprzętu, lub po prostu dobierały się do niego szczury. Te wielkości małych psów potrafiły zniszczyć je doszczętnie. Pech chciał, że teraz w magazynie znajdował się tylko jeden zestaw.

Wszyscy, którzy byli nieco bardziej zorientowani w sprawach organizacyjnych Osady, bardzo martwili się, co zorganizować dla następnego Pośrednika. Niemal nie sposób było przetrwać, gdy nie miało się ubrań (do tej pory jakoś z trudem wytrwała, ale nie miała ochoty dalej biegać w krępującej ruchy ciała wełnie z domieszką izolującego plastiku).

Oprócz samego wręczenia na ceremonię składało się wiele innych elementów, ale Maedan uważała je za śmiertelnie nudne. Były to między innymi występy dzieci czy czcze frazesy misternie układanych przemów dostojników całej Osady. Ceremoniał był obszerny, ale i tak cały obrządek skupiał się tylko wokół niej, ale zbytnio jej to nie przeszkadzało. W tym roku ceremonia miała być o tyle ciekawsza, że znaleziono stary noktowizor z końca dwudziestego pierwszego wieku i jego prezentacja miała być gwoździem programu. Może i nie był najnowszej technologii, ale zawsze ułatwienie dla niej, bo niejednokrotnie musiał wracać po całym dniu całkiem po ciemku, a nie wiadomo, co wyjdzie zza krzaków.

Ponownie pogrążając się w zamyśleniu, opuściła Kwaterę. Skierowała się do centrum Osady - czyli prowizorycznego targu (jakby mieli czym handlować) - by posłuchać, co też ciekawego mają do powiedzenia starzy ludzie. Lubiła szczególnie słuchać opowieści z dawnych czasów, które rzekomo pamiętali staruszkowie. W rzeczywistości były tak ukoloryzowane, że nikt nie miał wątpliwości, że nie są w stu procentach prawdziwe.

Wizja wolnego dnia, bez narzuconego z góry sposobu jego spędzenia, bardzo ją ucieszyła, toteż niemal od razu zapomniała o zmęczeniu. Weszła na rynek z towarzyszącym jej zawsze wtedy podekscytowaniem. Może i asortyment nie był bogaty, za to zachwycał barwami i różnorodnością kształtów. W ten sposób mieszkańcy nadrabiali chociaż wizualnie towarzyszącą i wszechobecną biedę. Chciała odszukać znajomego starca, którego historie wręcz ubóstwiała. Uwielbiała jego styl opowiadania i intrygował sposób mówienia - dziwne zakańczanie zdań, jakby podkręcał słowami swe długie, białe wąsy, trzymające się w nienagannym ułożeniu zagadkowym sposobem.

Ku swojemu zdziwieniu, spostrzegła jednak jego brak na placu targowym. Zwykle zajmował niski prowizoryczny stołek z pieńka obok straganu w przyprawami i ziołami - kochał ich zapach i potrafił zrobić z nich chyba wszystko. Zdumiała się, nie mogąc go znaleźć, gdyż odkąd pamiętała, zawsze był na rynku i zawsze mogła do niego przyjść. Może po prostu zmienił zwykłe miejsce? Zadała sobie pytanie, ale po chwili zaczęła wpadać w panikę. Do tej pory nie było dnia, żeby nie siedział w swoim zwykłym, nasłonecznionym miejscu czekając, aż skończy pracę i przyjdzie albo opowiadając tym, którzy chcieli go słuchać, historie zamierzchłych czasów lub swoje autorskie, wymyślone. Czasami trudno było określić, które są które, bo nie rozgraniczał ich wyraźnie.

Coraz bardziej gorączkowo przeciskała się przez ludny zwykle o tej porze udeptany plac, ale ludzie bynajmniej nie współpracowali - ciągle czuła pełne irytacji źle wymierzone pchnięcia łokciami w żebra i posykiwania. Nic dziwnego, chciała szybko przedostać się przez tłuszczę i odnaleźć przyjaciela, przez co niezbyt miała na uwadze podrażniony przepychaniem tłum. Okrążywszy miejsca, gdzie przypuszczała, że będzie postanowiła spytać zaprzyjaźnioną przekupkę - Amelię. Była nieszkodliwa, jej życie wypełniały jedynie plotki i pogłoski, które szerzyła z właściwą sobie skutecznością i żarliwością. Na jej pytanie odpowiedziała niepokojąco:
-Widziałam, jak się tu kręcisz - ależ oczywiście, nic  nie mogło umknąć jej uwadze - i domyśliłam się, czego szukasz. Alastora nie ma już od dwóch dni i wszyscy to zauważyli. Nie, nikt go tu nie widział, ale stara Sae rozpowiada, ze zachorował.

Celowo nie dopuściła do wiadomości ostatniego zdania, by jeszcze bardziej się nie niepokoić. Pomyślała, że Sae pewnie posłyszała jakieś plotki (których ostatnimi czasy krążyła całkiem pokaźna ilość). Po chwili przyłapała się na tym, że stoi na przeciwko Amelii o otwartymi szeroko oczami i półotwartymi ustami, prezentując zbiór równiutkich zębów. Szybko się zreflektowała.
- Przepraszam, zaskoczyłaś mnie. Ja już pójdę - dodała zdawkowo i czym prędzej się oddaliła.

Niemożliwe, żeby coś mu się stało - myślała. Po prostu nie chciała w to uwierzyć. Pomyślała, że skoro dziś go nie ma, wróci jutro (innej możliwości w ogóle nie brała pod uwagę). Gdy zdołała sama siebie o tym przekonać, postanowiła, że zrobi coś w domu. Pracy i tak pewnie już jest nawał, przecież prawie tam nie przebywała, a jej rodzice również pracowali całymi dniami. Trochę się rozluźniła, gdy dostrzegła na wzgórzu chatę Alastora, i jej duże okna, rozjaśniane przez wesołe miganie płomieni z życiodajnego paleniska. Szkoda, że nie zauważyła braku dymu z otworu w dachu.

Z resztą nikt nie mógł nawet przypuszczać, co tam się wydarzyło. Nieświadoma niczego Maedan poszła do domu, skromnej chaty na uboczu. Nieuświadomieni mieszkańcy często odmawiali im zwykłej pomocy sąsiedzkiej, gdyż w całej Osadzie krążyły jakże mylne przekonania o rodzinach Pośredników. Myśleli, że żyją w nieporównywalnie lepszych warunkach od reszty i cieszą się poważaniem strażników, co było kompletną bzdurą - przez wspomniany brak pomocy plus zapracowanie, przez które prawie nie byli w domu, ich chata była chyba najbardziej zapuszczona ze wszystkich. Ale jak to w takich sytuacjach bywa, tego pospólstwo nie raczyło już zauważyć. Żyli więc sobie w izolacji uprzedzonego społeczeństwa, choć na życie publiczne przy takiej ilości obowiązków i tak nie starczało czasu. Wystarczało im w zupełności własne towarzystwo, gdy wieczorami, zmęczenie do granic możliwości siadali przy ogniu i rozmawiali o wszystkim i o niczym. Wbrew pozorom, rodzina Maedan bardziej niż na przykład wypadku przy pracy (co w ich przypadkach było możliwe aż za bardzo) bała się oddalenia od siebie i zaniku rodzinnych relacji.

Wchodząc do domu, poczuła uderzającą pustkę. Zwykle przychodziła ostatnia i rodzice czekali już przed paleniskiem z herbatą lub małym posiłkiem. Zjadła coś i postanowiła, że zrobi coś w domu. Zaczęła od sprzątania, a gdy uznała, że większość jest zrobiona, udała się po węgiel do składu. Zabierając ze sobą duże blaszane wiadro i lekką łopatę pomyślała jeszcze raz o Alastorze. Może rzeczywiście był chory? Nawet jeśli, to przecież sobie poradzi - jest w końcu świetnym zielarzem - ba - nawet najlepszym w calutkiej Osadzie (pomijając fakt, że jedynym). Ale nie może to być nic poważnego, bo dużej epidemii nie było w Osadzie od ponad trzydziestu lat. Dawniej często nawiedzały tutejszą ludność, większe, lub mniejsze, ale zawsze straty w ludziach były  bardzo dotkliwe, po części dlatego, że tutaj każdy znał się z każdym.

Skład było to jedyne wybrukowane, a raczej jako tako wyłożone ugładzonymi kamieniami miejsce, gdzie węglowy pył z wielkiej sterty był gnany przez wiatr po nawierzchni, jakby płynął. Lubiła patrzeć, jak szaroczarny węglowy kurz cięższy od powietrza "przepływa" po ciemnoszarym podłożu przywodząc na myśl... Coś złowieszczego? Mogło to przypominać wiele pesymistycznych skojarzeń, a Maedan to lubiła. W ogóle odporność na strach była jej potrzebna, na przykład gdy w nocy po skończonej pracy musiała wracać na skróty starym tunelem kolejowym albo lasem.

Z węglem zeszło jej do samego zachodu słońca, bo napełniwszy całe wielkie wiadro, zagapiła się na niesamowitą grę światła na fasadzie budynku kilkanaście metrów dalej, tak, że potknęła się o wystający kamień albo własną nogę, zdarła kolana i łokcie, które stały się węglowoczarne. Pomyślała, że mogłaby wrócić przez las, bo było jeszcze dosyć jasno, a co za tym idzie, trochę mniej przerażająco i oczywiście szybciej. Nigdy nie widziała tej drogi w dzień i ciekawa była, jak wygląda, gdy idzie się nią bez poczucia strachu, że coś wyłoni się zza ściany mroku i zabije, czy coś w tym stylu. Skierowała się więc w stronę zagajnika, zwróciła fiołkowe oczy ku słońcu i szybkim krokiem doszła do lasu.

Nieco się jedna przeliczyła, bowiem mając od zachodu strzelisty las a od wschodu szczere pole, niknącą poświatę słońca zasłonięta miała koronami drzew. Ciemność przez to znacznie się pogłębiła, a nawet nadała blaskowi słońca trochę tajemniczości. Może byłoby to piękne w innych okolicznościach. W połowie drogi było już prawie ciemno.

Jej wprawiony instynkt samozachowawczy z marszu postawił ją w stanie najwyższej gotowości w razie ataku od lasu. Nie miałaby czym się bronić, bo ręce miała zajęte. Trzymała się więc krawędzi traktu najbliżej pola - bała się iść choćby krańcem działki, bo wiedziała, że przewrażliwiony właściciel może mieć na nią oko i już czekać zaczajony za krzakiem z tym swoim przestarzałym koltem. Swoją drogą, ciekawe, czy jeszcze działa. Chociaż chyba nie miała ochoty się o tym przekonać. W którymś momencie, gdy mrok już prawie zagarnął dla siebie ostatnie promienie światła, droga zbaczała prosto w sam gąszcz. Kalkulacje poczynione na szybko okazały się zgubne, nie mówiąc o ich beznadziejnej błędności. Jak mogła być tak lekkomyślna, żeby iść tu po ciemku, i to bez potrzeby, gromiła samą siebie. Niepewnym krokiem wstąpiła w gęstą knieję. Czasem musiała tędy wracać, ale nigdy jeszcze nie zrobiła tego z własnej, nieprzymuszonej woli.

Jednym z najgorszych, czego nigdy wcześniej nie zauważyła, były pająki. Droga o tej porze roku zasłana była pogniłą ściółką, czyli różnego rodzaju liśćmi, gałązkami podobną materią, czyli inaczej pierwszej klasy siedliskiem tych zwierząt. Patrząc na swoje stopy z obrzydzeniem odkryła, że każdy jej krok powoduje ucieczkę w tego miejsca kilku stworzonek, które wcale do ładnych nie należały. Mogła się założyć, że gdyby było ad finem cicho, mogłaby usłyszeć obrzydliwy chrzęst ich oskórków, które pękają jak kruche ciasteczka pod naciskiem jej butów.

Piętnując swoją własną głupotę, odwróciła wzrok, zniesmaczona ostatnią myślą i porównaniem do ciastek. Przyspieszyła kroku. Jednak ko kilku zdegustowanych krokach, jeżeli można to tak nazwać, wypełnił się scenariusz z może nie najczarniejszych snów, ale z tych, które na długo pozostają w pamięci jako mini-traumy.

Z początku myślała, że jej się tylko wydawało. Spróbowała oderwać nogę od ziemi nie spuszczając wzroku. Nie mogła. Poziom adrenaliny podskoczył w żyłach do maksimum, a oczy w momencie osiągnęły wielość spodków. Pęd spowodował, że upadła, tracąc szanse na ucieczkę przed tym, co właśnie przed chwilą wysunęło kościste i zwyrodniałe palce z krzaka i stalowym uchwytem złapało za gołą kostkę u nogi. Kątem oka zobaczyła, jak chyba ludzka ręka równie szybko wsuwa się z powrotem i wystraszyła się jeszcze bardziej, nie mogąc chociaż śledzić ruchów napastnika - ludzie, którzy z niewiadomych powodów chowają się w nocy w lesie mogą być... hmmm, trochę nieobliczalni? Zwłaszcza, jeśli łapią cię za nogi. Wiedziała, że już teraz nie ma szans na ucieczkę, więc odczołgała się na startych drugi raz dzisiaj kolanach jak mogła najdalej i w niewyobrażalnym napięciu czekała na rozwój zdarzeń

Domniemany oprawca zaczął się podnosić. Z trudem. Nie był ani wysoki, ani potężnej czy chociaż sporej postury, za to poruszał się, jakby nękał go artretyzm. Nie pasowało, że robił to z tempem i siłą dużo mniejszymi od tych, z którymi jego ręka schwyciła jej kostkę. Jakby ręka była kogoś innego? Albo po prostu sprawnością odstawała od reszty ciała. Może była wprawniejsza, bo nie dało się wychwycić ruchów ani nawet skrywanej obecności innej osoby. Czyżby lata poświęcone jakiejś pracy, która angażuje tylko doń. Hmmmm... Rozcieranie składników w zielarskim moździerzu?

Jak to mówią, pierwsza myśl jest zawsze najlepsza. Nie ulegało wątpliwości, że te ręce znały moździerz. Należały do samego Alastora, a Maedan przyjęła tę wiadomość z niemałym szokiem. Po wyjaśnieniach, które w tej sytuacji, jak w żadnej innej były bardzo na miejscu, Alastor wydobył swoją lampę naftową i oświetlił chociaż ten skromny kawałek pola widzenia i zaczął opowiadać. Ale nie szło mu tak dobrze, jak zawsze, trochę się plątał i okazało się, że gdy nie zastała go na targu, znalazł się w położeniu, jakiego za nic by się nie domyśliła. Otóż Alastor nie pojawił się w zwykłym miejscu, bo po prostu nie mógł - jedyne drzwi chaty "zatrzasnęły się". Nie byłoby w tym nic osobliwego, tyle, że to nie był jedyny element, że tak to nazwijmy, stanu faktycznego. Starzec nie tracąc spokoju najzwyczajniej czekał na kogoś, kto przyszedłby go szukać i zobaczył, że drzwi złośliwością rzeczy martwych trzymają go wewnątrz. Tak, ktoś, kto by pomógł na pewno by się przydał. Po prostu posiedzi i poczeka, nie ma pośpiechu - był w końcu jedną z ważniejszych "osobistości". Naturalne było, że w pewnym  momencie chciał się ogrzać - rozpalił palenisko. Normalna, codzienna czynność. Kto by przypuszczał...

Właśnie to miało być gwoździem do jego trumny. Miało, ale nie było.

Bliżej nieokreślony osobnik dał świadectwo swej nieograniczonej pazerności.

Do otworu w dachu bezczelnie nawtykano czegoś, co skutecznie zablokowało upływ trującego dymu. Nieświadomy niczego Alastor rozsiadł się na worku, służącemu jednocześnie za fotel i magazyn półproduktów do uzdrawiających mikstur. Zaczął przeglądać stare receptury, co robił tylko w czasie bezbrzeżnego morza nudy. Zobaczył, że coś jest nie tak, gdy staranne litery zaczęły robić się dziwnie mętne. Dopiero wtedy zobaczył, że przy suficie zgromadziła się chmura duszącego dymu, który powodował swąd nie do wytrzymania. Kiedy owładnęła go lekka panika, uderzyła go myśl o schowanej na drugim końcu pokoju siekierze. Po co ona tam była? Nie pamiętał, ale co za różnica? Dusząc się dymem, jak najszybciej ją złapał a po chwili odłamki szkła pryskały we wszystkie strony, odbijając się we wszystkie strony od twarzy starca zapobiegliwie owiniętej krochmaloną chustą. Przed ucieczką zdążył zabrać woreczek z najważniejszymi ziołami, a zrobił to z czystego przyzwyczajenia, bo zawsze miał go obok.

Prawdopodobnie ocaliło mu o życie, bo zaczerpnąwszy świeżego powietrza chciał pójść do strażników i zgłosić tej incydent, ale oni już byli u drzwi. Stali obok wejścia do chaty z groźnie wyglądającym rodzajem broni, której jeszcze nigdy nie widział, a mimo to nie miał ochoty posmakować jej ostrza czy co tam miała. Wyglądała co najmniej nieciekawie.

Co jak co, ale ostrze z bajerami mówiło samo za siebie. Więc staruszek, zręcznie otworzywszy sakiewkę, dobył garść gryzącego proszku, sypnął prosto w oczy strażników, jak umiał najcelniej i wykrzyknął:

- Z taką krajalnicą na dziadka?! - nie powstrzymał się od dodania zaczepnej nutki. Ale bądźmy realistami - pomyślał sobie i upoiwszy się upokorzeniem strażników, postarał się o najwyższą prędkość, jaką serwowały mu stare stawy. Usłyszał jeszcze trochę wyrwane z kontekstu Przepraszam!

Aż przystanął, aby dojrzeć sprawcę tego krzyku, tylko, że ten już nie żył. Strażnicy oprócz dziwnej broni mieli ze sobą jeszcze kogoś - nowego klucznika, mianowanego zaledwie tydzień i dwa dni temu, którego przywlekli najwyraźniej wbrew jego woli, bo na szyi miał cienką linę, która pozostawiła na skórze czerwony ślad. Zapleciona w misterny splot w jednym miejscu stała się powodem śmierci mężczyzny. W zapewne ciepłej jeszcze ręce zwisał pęk kluczy, z których jeden opatrzony był widoczną z daleka, dużą tabliczką ZIELARZ. Kiedy Alastor doszedł do tego momentu w opowieści, oczy Maedan wychodziły z orbit, nie wspominając o brwiach, które podjechały tak wysoko na czoło, że miało się wrażenie, iż za chwilę same oderwą się od niskiego czoła i wolne poszybują, gdzieś pod bezkresne, ciemne niebo z pierwszymi gwiazdami, aby do nich dołączyć...

-Mieli klucz do TWOJEGO domu?
-Tak, ale klucznik najwyraźniej wcale nie chciał się nim dzielić.
-Taa, z jakiegoś powodu był aż tak lojalny wobec ciebie...
-Myślę, że to raczej wyuczona domyślność. Sam byłem dawno temu klucznikiem, może ci nie opowiadałem.
-No nie, chyba.
-No więc wiem, że oni nie żądają kluczy z byle powodu. Mógł mieć wątpliwości, co było oczywiste. Wiesz, klucznicy w sprawie otwierania tego, co zamknięte zawsze, zawsze mają decydujący głos. Nie otworzy, zostanie zamknięte choćby i na wieki. I koniec. Sądzę, że wiesz, dlaczego? - było to jasne nawiązanie do pewnej historii.

Owa historia zapoczątkowała wszystko - sławetny koniec. Stan rzeczy, położenie, w jakim wszyscy znajdowali się obecnie, czyli świat po końcu świata, był efektem właśnie tej historii, jakże mocno związanej z kluczami i ich pilnowaniem.

Tę opowieść dobrze znała, choć niektóre szczegóły wyślizgnęły się jej pamięci.
- Chciałbym jeszcze raz opowiedzieć ci tę historię, ale pewnie ogólny zarys zdarzeń znasz, a nie mamy na tyle czasu, żeby wspominać, jak ten bajzel się zaczął. No wiesz, "koniec świata" i w ogóle. Stare dzieje. Ale coś nie wyglądasz, jakbyś rozumiała do końca, co mówiłem, co? - nie do końca miał rację, bo Maedan rozumiała, tyle, że dosyć mgliście.
- Mhm.

Alastorowi najwyraźniej zależało na uzmysłowieniu jej powagi sytuacji, bo tylko wzniósł oczy do nieba i cierpliwie przedstawił fakty jeszcze raz.
- Tylko tym razem słuchaj, bo nie mamy za dużo czasu. Najpierw, pod moją nieobecność zatkali komin. Poczekali, aż wejdę do środka. Swoją drogą, gratuluję cierpliwości. Zaciągnąwszy tego gościa z kluczami, kazali mu zamknąć drzwi, poczekali sobie kilka godzin, aż dziadydze zrobi się zimno i napali ogień. Potem dym zrobi swoje i załatwione. Aha, i było to o tyle dla nich wygodne, że nie musieliby się tłumaczyć - wymówka od razu gotowa - ot, stary dziad nie sprawdził otworu, a "pech" chciał, że drzwi się zatrzasnęły. Starcza nieudolność, rzecz normalna. Oczywiście mogłoby się odbyć dochodzenie, ale pewnie nie uznaliby go za konieczne, wobec takiej jasności sytuacji pewnie nie rozpoczęłoby to żadnych buntów, podejrzeń ani czegokolwiek w tym rodzaju.
- Ale musieli mieć miny - wtrąciła szybko Maedan - gdy nie dość, że plan im się nie powiódł, to jeszcze zdążyłeś ich upokorzyć. Mało tego, uciekłeś im! Nie spodziewałam się tego po tobie.
- A widzisz, nadal potrafię cię zaskoczyć - dodał, ale ostatnie słowa zabrzmiały jakoś tak melancholijnie. Alastor wydał przeciągłe westchnienie smutku.
-Co? O co ci chodzi?
- Widzę, że ciągle nie rozumiesz. Nie pytasz o powód tego wszystkiego. A ten jest bardzo prosty. To, co mówię jest... jakby to... "niebezpieczne pod względem politycznym", jak oni to zapewne nazywają. Rozumiesz? Nie podoba im się to.
- Że niby historie, które opowiadasz? Ale skąd wiedzą, co mówisz? Mogą mieć... nie wiem ... szpiega?
- Podejrzewam, ze niejednego. W tej kwestii chyba mówimy o licznie mnogiej. Jeżeli sam się nie wyniosę, oni to sami załatwią. Z resztą próbowali całkiem nie tak dawno. Mówię ci, znałem ludzi, którzy znaleźli się w tej samej sytuacji i nie zamierzali opuścić Osady. Muszę stąd uciekać, bo teraz jestem wrogiem politycznym, jak wcześniej inni, których nazwiska zdobią teraz nagrobki.
- Ale przecież twoje opowieści nikomu nie szkodzą, szczerze powiedziawszy, mało kto w nie wierzy... To takie nieprawdopodobne, że w przeszłości naprawdę było tak, jak mówiłeś...
- Serio? - wyglądał na zdziwionego, ale nie obrażonego - widać władze Osady mają inne zdanie. Przynajmniej oni wiedzą, że mówię prawdę - cień uśmiechu na sekundę zmienił linię jego ust - te nieprawdopodobne historie, jak je nazywasz, były ZAWSZE prawdziwe, choć niekoniecznie wygodne dla organów ścigania. Pamiętasz kilka z nich? - przytaknęła. Pomyślała o opowiadaniu Alastora o czymś, co nazywał Internetem. Zdaje się, że było to coś w rodzaju sieci, gdzie można było znaleźć wszystko, mógł pomagać w wielu kwestiach, nie trzeba było mieć wszechstronnej wiedzy, bo wszystko można było tam znaleźć. W prawie każdym aspekcie życia. Pamiętała też, że Internet stał się obiektem uzależnienia wielu ludzi, którzy przez cienkie, prostokątne urządzenia mieszczące się w dłoni  korzystając z niego tracili kontakt z ludźmi. Nazywał je telefonami, które z kolei...
- Nie wierzyłaś  w nie, ale wszystkie były prawdziwymi wspomnieniami sprzed końca. Tak, wtedy życie było bez zarzutu, wszystko w zasięgu ręki, nikt nie musiał ryzykować, aby przeżyć kolejny dzień, wymiar sprawiedliwości, władza, SYSTEM były prawie doskonałe. Ludzie stworzyli imperium, jakiego trzecia planeta od Słońca nie widziała. Mówię ci, świat kiedyś wyglądał inaczej. Lepiej. Wiesz, wszystko na pierwszy rzut oka wygląda OK. Wewnętrznie...
- Aha, i oni uważają, że ta wiedza, którą przekazujesz, relacje z przeszłości, doprowadzą do jakiegoś... no ... powstania uciśnionych w Osadzie, czy co? 
- Myślę, że tak, bo zapewne nie udałoby im się poradzić sobie z całą Osadą, jeśliby się zbuntowała. Lepiej uciszyć jednego dziada, niż potem cały lud. Ale słuchaj: ten świat, w którym teraz żyjemy, to wina tylko  i wyłącznie LUDZI. Sami się wyniszczamy. Cały czas. Nie tylko siebie, ale Ziemię też. Ktoś to widzi i postanowił to zmienić.
- No nie wiem... Dlaczego niby coś miałoby się zmieniać?
- Bo ludzie sami do tego dążą. Może nieświadomie, ale jednak. Zrozum - powiedział z naciskiem - przed wiekami było dobrze, łatwo było żyć. Ale sami to zniszczyliśmy i będziemy robić to dalej. Coś się zmieni - powtórzył - i uwierz mi w to. Uwierz. Nie rozgniewam się, jeśli tego nie zrobisz, bo sama to zobaczysz. Tyle, że jeszcze nie teraz. Jeszcze cię odwiedzę, obiecuję. A teraz pozwolisz... - wszedł do miejsca, gdzie wcześniej się chował, zabrał woreczek ziół. Roztaczały dziwną woń, której wcześniej nie zauważyła. Ruszył wydeptanym traktem w przeciwną do Osady stronę, nie obracając głowy w jej stronę. Bez pożegnania, jakby mieli znów się zobaczyć za dziesięć minut. Łzy z prędkością światłą zabłysły w jej oczach, przysłaniając na chwilę widok smutną mgiełką. Zdławiły głos i nie mogła go zawołać,a gdy się opanowała, jego plecy zostały ostatecznie wchłonięte przez mrok nocy.

Wyszła z lasu, emocje, które powinny nią targnąć, gwałtownie zdławiła. Wyobraziła sobie,że przykrywa je ciężkim, grubym kocem i nie pozwala się wydostać. Przecież nie mogła rozsypać się w środku lasu w środku nocy. Wyszła z gąszczu na nocne powietrze, miło owiewające twarz. Odmienne od tego leśnego, jakby tamten świeżutki, okropny rozdział życia, którego karty dopiero co zostały otwarte, mogła już opuścić. Bardzo tego chciała.

***

Pamiętała, że mimo późnej pory część uszczuplonego końcem świata społeczeństwa jeszcze jest na nogach.
Zwracając na siebie uwagę mogła sama wplątać się w niewygodną konieczność tłumaczenia. Dlaczego była  w lesie, czemu wygląda, jakby zobaczyła ducha i tak dalej.

Siliła się więc na zwykły wygląd - stare, dobre i znane od wieków "jak gdyby nigdy nic". Szczerze powiedziawszy, nawet jej się to udawało - w tamtym momencie byłą jak ładne, czyściutkie pudełeczko, do którego ktoś, lekkomyślnie bądź specjalnie, wrzucił walczące ze sobą owady. Albo gryzące szczury, co za różnica. Tak, jak jej kołatające myśli - każdy jest inny i każdy walczy z sąsiednim.

Gdy przybrała już twardą maskę kryjącą emocje, osoba trzecia mogłaby pomyśleć, że zwyczajnie poszła sobie przez las. Coś się opóźniło, szła na skróty, obojętnie co, a nie przeżyła właśnie coś, co nie dość, że zmieniło patrzenie na życie, filozofię życia, czy co to było, to jeszcze omal nie zeszła na zawał.

Cóż, na pewno myślały tak dzieci, o ile w ogóle ją zauważyły. Znienacka wyłoniły się zza górki około dwieście metrów dalej. Biegły w ciasnej grupie... Naśladując jej rozgrzewkę? Na to wyglądało. Na dodatek głośno skandowały jakieś hasło. Po kilku sekundach Maedan zdołała odróżnić pojedyncze słowa, coś jak "małe" i "drań". Chociaż bardziej możliwe było chyba "Maedan". Ale żenujące..., pomyślała. Myśli ni stąd, ni zowąd przybrały mniej dramatyczny kierunek. Pewnie to przez tę całą ceremonię... 

Ceremonia. Mogła sobie tak realistycznie wyobrazić stare przekupki i plotkary całej Osady, które na Targu glośno dzielą się imaginacjami, w co będzie ubrana, co powie....


Alastor tego nie obejrzy...

Dlaczego o tym myślała? Może najzwyczajniej zapragnęła zmienić tor, jakim z impetem toczyły się jej chaotyczne myśli. Ten jednak uparcie i bezwzględnie pozostawał ten sam.


W sumie nawet trochę chciała krzyknąć tym bezmyślnym dzieciakom, że w nocy niebezpiecznie biegać, co je napadło, żeby tak ryzykować i takie różne. Nawet chciała. Szczere, choć wątłe chęci brutalnie stłumiła ta plątanina myśli, których teraz było całe mrowie, a jedna przeczyła drugiej.

Skąd mogła wiedzieć, że polityka w Osadzie jest aż tak brutalna? Przecież to wyraźnie zakrawa na totalitaryzm. Całkowicie burzy jej dotychczasową filozofię życia i przeświadczenie, że choć trochę orientuje się w niepisanych prawach Osady. Albo NIKT w jej wieku nie miał pojęcia o życiu, albo tylko ONA dlatego, że ktoś się o to postarał. O tę błogą otoczkę nieświadomości.

Zorientowała się, że ona jej chaty jedyne w okolicy iskrzą czerwonawym blaskiem ognia z paleniska. Jest aż tak późno, że rodzice zdążyli przyjść? Moooże... Tak naprawdę nic się nie stało, a przewidujący Alastor wiedział, że przyjdę późno, przyszedł i czeka na mnie z jakąś historią do opowiedzenia? - marzyła.

Wchodząc do domu natknęła się na zawód - dom był pusty.

c.d.n.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz