Część pierwsza - koniec
Czerwone światełko laserowego celownika gładko ślizgało się
po świecącej łysinie Harolda.
Troszkę w lewo, troszkę w prawo, delikatnie w dół.
Pieszczotliwie, oświetlając śmiertelną poświatą każdziutki por spoconej głowy.
Uważnie, strzelec ma czas.
Harold stanął przed najtrudniejszym wyborem swojego leniwego dotychczas
życia. Na lśniącym karku ciasno opinanym przez czerwoną koszulkę polo czuł
wyraźnie lepkie oddechy zmęczonych facetów, nie pozwolił złapać się bez walki.
Żałował – przez te lata obrósł tłuszczem, co nie ominęło również kolegów od
piwa i sobotnich grilli. Nie mógł uciekać. Chociaż zawsze był cwany – jednego
spróbował pokonać masą, ale sprytna bestia zdążyła się uchylić – Harold
wylądował na zachwaszczonej ziemi twarzą do dołu i nie mógł się podnieść. Pewnie
wyglądał jak wieloryb wyrzucony na plażę. Oni się tylko śmiali, bo sam się
unieszkodliwił. Tak rżeli, że mógł sobie wyobrazić mgiełkę śliny, którą zrosili
wszystko wokół. Zaśmiewali się, a on leżał, przygnieciony dziką paniką i
świadomością następnych zdarzeń. I własną masą.
Śmierdzieli dymem i sianem. Bardzo intensywnie, jakby przed
chwilą spalili całą stodołę. Ale Harold wiedział, że spalili jedynie kilka
liści tytoniu, a na sianie najpewniej spali. Za nim głos szorstki jak papier
ścierny powtórzył trzeci raz, bez nacisku, pośpiechu, jakby przyjacielsko
doradzał. Jego słowa kłującym echem odbiły się od różowych zwojów mózgu
Harolda. Nie używał ich zbyt często.
-Sosnowa czy dębowa?
Lepkie kropelki znów zabłysnęły z tyłu głowy Harolda. Czuł,
jak czas się kurczy. Czas stał się nagle materialny, tyle, że strasznie
niefortunnie – z wyimaginowanej miary obrócił się w kostkę lodu. A było bardzo
gorąco.
Rozbieganym, zwierzęcym wzrokiem szukał czerwonej kropki na
ścianie przed sobą. Pojawiłaby się, gdyby w końcu przestał trzymać go na
muszce, gdyby wybrał sobie za cel nie biedną głowę Harolda, ale zmurszałą
sztachetę przybudówki zakładu pogrzebowego. Prędzej zobaczyłby latającą świnię.
Gość ponowił pytanie. A wiec jednak –raczej się nie rozmyśli.
Oczami wyobraźni ujrzał przestrzelonego arbuza. Albo głowę. Zbyt wiele
szczegółów, musiał zamknąć mocno powieki i potrząsnąć głową, żeby odpędzić
wizję kawałek dalej.
No przecież nie odpowie, to jakby się zgodził. Nie zgodził
się, ale nie miał siły, by zaprzeczyć. Paradoks.
Nie zrozumiałam ostatniego akapitu...
OdpowiedzUsuńSpodobał mi się ten kawałek: a on leżał, przygnieciony dziką paniką i świadomością następnych zdarzeń. I własną masą.
Pozdrawiam słonecznie:-)
Ostatni akapit? Jeszcze się okaże... ;)
UsuńCiepełka Słonecznego :)