środa, 20 kwietnia 2016

Opowiadanie szóste - Część pierwsza - Koniec

Część pierwsza - koniec

Czerwone światełko laserowego celownika gładko ślizgało się po świecącej łysinie Harolda.

Troszkę w lewo, troszkę w prawo, delikatnie w dół. Pieszczotliwie, oświetlając śmiertelną poświatą każdziutki por spoconej głowy. Uważnie, strzelec ma czas.

Harold stanął przed najtrudniejszym wyborem swojego leniwego dotychczas życia. Na lśniącym karku ciasno opinanym przez czerwoną koszulkę polo czuł wyraźnie lepkie oddechy zmęczonych facetów, nie pozwolił złapać się bez walki. Żałował – przez te lata obrósł tłuszczem, co nie ominęło również kolegów od piwa i sobotnich grilli. Nie mógł uciekać. Chociaż zawsze był cwany – jednego spróbował pokonać masą, ale sprytna bestia zdążyła się uchylić – Harold wylądował na zachwaszczonej ziemi twarzą do dołu i nie mógł się podnieść. Pewnie wyglądał jak wieloryb wyrzucony na plażę. Oni się tylko śmiali, bo sam się unieszkodliwił. Tak rżeli, że mógł sobie wyobrazić mgiełkę śliny, którą zrosili wszystko wokół. Zaśmiewali się, a on leżał, przygnieciony dziką paniką i świadomością następnych zdarzeń. I własną masą.

Śmierdzieli dymem i sianem. Bardzo intensywnie, jakby przed chwilą spalili całą stodołę. Ale Harold wiedział, że spalili jedynie kilka liści tytoniu, a na sianie najpewniej spali. Za nim głos szorstki jak papier ścierny powtórzył trzeci raz, bez nacisku, pośpiechu, jakby przyjacielsko doradzał. Jego słowa kłującym echem odbiły się od różowych zwojów mózgu Harolda. Nie używał ich zbyt często.
-Sosnowa czy dębowa?

Lepkie kropelki znów zabłysnęły z tyłu głowy Harolda. Czuł, jak czas się kurczy. Czas stał się nagle materialny, tyle, że strasznie niefortunnie – z wyimaginowanej miary obrócił się w kostkę lodu. A było bardzo gorąco.

Rozbieganym, zwierzęcym wzrokiem szukał czerwonej kropki na ścianie przed sobą. Pojawiłaby się, gdyby w końcu przestał trzymać go na muszce, gdyby wybrał sobie za cel nie biedną głowę Harolda, ale zmurszałą sztachetę przybudówki zakładu pogrzebowego. Prędzej zobaczyłby latającą świnię.

Gość ponowił pytanie. A wiec jednak –raczej się nie rozmyśli. Oczami wyobraźni ujrzał przestrzelonego arbuza. Albo głowę. Zbyt wiele szczegółów, musiał zamknąć mocno powieki i potrząsnąć głową, żeby odpędzić wizję kawałek dalej.

No przecież nie odpowie, to jakby się zgodził. Nie zgodził się, ale nie miał siły, by zaprzeczyć. Paradoks.

Powoli, z ociąganiem i milimetr po milimetrze zaczął posuwać nogę za nogą. W prawo, do cienia, bo było mu już gorąco. Poza tym, wolał tamtą, bo była dłuższa. Bał się, że jeżeli się nie zmieści, po upadku uderzy głową krawędź, a oprócz tego nie była czarna, jak ta, przed którą go postawili na początku tego wszystkiego. A właściwie to na końcu. Czarna niezbyt dobrze mu się kojarzyła. Jeszcze chwila.

2 komentarze:

  1. Nie zrozumiałam ostatniego akapitu...
    Spodobał mi się ten kawałek: a on leżał, przygnieciony dziką paniką i świadomością następnych zdarzeń. I własną masą.
    Pozdrawiam słonecznie:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatni akapit? Jeszcze się okaże... ;)
      Ciepełka Słonecznego :)

      Usuń