966
Gdy Ziemowit dopadł drzwi skromnej chaty, był zdyszany jak
nigdy. Chyba nigdy nie biegł tak szybko na swoich dziecięcych nóżkach.
Gwałtownie otworzył drzwi, rozwarły się na oścież, jak zawsze uderzając klamką
w ścianę. W tamtym miejscu drewno nosiło już duże wyżłobienie, ślad tego
tępionego przez matkę zachowania.
- Matko!
Mamusiu! – zawołał na progu, choć wcale nie musiał, bo matka od razu wychynęła
zza framugi. Coś chyba chowała w skrzynce, może coś pysznego…
- Czego
wrzeszczysz? Stało się co?! – wykrzyknęła zaniepokojona swoim skrzekliwym
głosem.
- Mamuś,
mamuś, bo ja widziałem lesie tych z krzyżami! Klęczeli, śpiewali i jakieś
obrzędy dziwne odprawiali! A jak Wawrzkowi opowiem to dopiero zzielenieje z
zazdrości… - raptownie jego piskliwy szczebiot urwał się jak przetarty rzemień,
który ktoś za mocno pociągnął. Kobieta szybko zakryła jego usta swoją dłonią, silnym
ruchem ramienia wciągnęła go do środka, a raczej zagarnęła, jakby ważył tyle,
co piórko i przyparła do ściany z na wpół wrogą, na wpół przerażoną miną.
Ziemowit otworzył szeroko oczy w wyrazie zdziwienia, a o dziwo wcale się nie
przestraszył niespodziewanego gniewu matki, chyba za bardzo go zaskoczyła.
Zapadła chwila ciszy, podczas której atmosfera między nimi, na tym
kilkucentymetrowym odcinku między ich zbliżonymi oczami tak zgęstniała, że można by było ją pokroić. Chłopiec
pierwszy odwrócił wzrok, a rodzicielka nerwowo wyjrzała przez okienko, jakby
bała się czegoś.
- Masz
szczęście, że nikt nie słyszał – wycedziła – nie waż się nigdy więcej tego
robić.
- Ale mamuś,
czego…
- Nie gadaj
o nich, dziecko! Chcesz nieszczęście ściągnąć?! Na wiecu zabronili nawet o nich
mówić! Gadają, że starszyzna wypędzi każdego, kto by do nich przystąpił – oni w
co innego wierzą, chcą i nas do tego przekonać. Dziwne rzeczy wyznają, mówię
ci… Niszczą nasze posągi, stawiają tylko te swoje krzyże...
Jaka
szkoda… - pomyślał – Jakbym to
opowiedział innym… Zawsze się muszę wpakować. Po co ja to matce chciałem mówić?
Po co? Tak fajnie by było.
Najpierw ten zając.
Dziwne, wcale nie był szybki, jak inne. Pomyślał, że zaniesie mamusi, to się
ucieszy i coś dobrego z niego zrobi. Złapał go, uczynił powinność, a zdobycz
przytroczył sobie do paska. Spostrzegł, że za zającem zaszedł dalej w las niż
zazwyczaj, postanowił więc trochę pospacerować w nowej okolicy. Szedł i szedł…
Coś się nie zgadzało. Ktoś śpiewał, tylko tak jakoś dziwnie, inaczej niż jego
ojciec i wcale nie wesoło. Powoli podczołgał się do miejsca, z którego
odchodziły dźwięki i aż go zatkało – nigdy nie widział czegoś takiego.
Mężczyźni klęczeli blisko siebie na polanie, śpiewali jakąś
pieśń, której Ziemowit nie znał. Potem przestali, zaległa cisza – ciągle
klęczeli, jedni wpatrywali się nicość błędnym wzrokiem, inni z zamkniętymi
oczami bezgłośnie wymawiali jakieś formułki poruszając jedynie ustami. Widać
było, że na czymś się skupiają. Naprzeciwko nich było jeszcze dwóch jegomościów,
tylko oni stali, jeden polewał drugiego wodą. No, takiej hecy Ziemowit jeszcze
nie widział. Niby czego starszyzna i
matka się w nich boją? Są zwyczajnie kopnięci, nie trzeba się ich bać!-
myślał, tłumiąc prześmiewczy uśmieszek na twarzy. Jednak po chwili nabrał nieco
więcej szacunku do nich, wyczuł taką „specjalną” atmosferę i przypomniał sobie,
ze podobny nastrój, doniosły, odświętny, panował na jego postrzyżynach rok
temu, gdy otrzymał to właśnie imię i przeszedł spod opieki matki pod pieczę
ojca.
Ci, którzy stali, zaczęli coś mówić, a Ziemowit spróbował
wychwycić chociaż kilka słów. I chociaż starał się, usilnie wytężał ucho,
wyłowił jedynie „Mieszko” i „amen”. Chyba jeszcze „kszest” albo „chrzest”, ale
co do tego nie był pewien. Zrozumiał, że to jakieś innowiercze obrządki i
poczuł się intruzem. Popędził więc szybciutko do domu, to wtedy musiał zgubić
złapanego wcześniej zająca, choć wcale tego nie zauważył. Biegł, żeby zajście jak
najprędzej wszystkim opowiedzieć, a matka bezlitośnie, kompletnie go zgasiła.
Nie był pewien, czy zdoła zachować to dla siebie, jak mu kazała, było mu
przykro, że tak go potraktowała. A oni byli tacy ciekawi, że aż go język
świerzbił, żeby powiedzieć koledze chociaż słówko…
Następnego dnia, chociaż tak bardzo starał się powstrzymać,
jednak zawędrował w tamto miejsce, pokusa okazała się silniejsza od dziecka. Mężczyzn
zastał w tym samym miejscu, ale nie odprawiali już tych swoich obrzędów. Zdobył
się na odwagę i gdy jeden z nich przechodził obok, chłopiec złapał do za rąbek
brązowej szaty, która jak się później okazało, nazywała się habitem. Mężczyzna
nie krył zdziwienia, ale gdy Ziemowit zaczął go wypytywać o wczorajszy dzień,
wszystko mu wyjaśnił. Że są chrześcijanami, że przyszli na te tereny, by
nawracać ludność na tę właśnie religię, o której zaraz zaczął mu opowiadać, a
on słuchał tego z otwartą buzią. I tak rozmowa przeciągnęła się do wieczora.
Ziemowit dowiedział się też, że organizują takie jakby spotkania, w każdą
niedzielę o tej samej godzinie. Postanowił, że przyjdzie.
Znikał więc z domu w każdą niedzielę około południa i chciwie
chłonął słowa głoszone podczas mszy, w języku, który oni określali jako
„łacina”, mimo, że zbyt wiele przecież nie mógł zrozumieć. Uczył się, kiedy
należy klęknąć, kiedy uczynić znak krzyża i tak dalej. To wszystko mu się
podobało, było dużą odskocznią od codziennego świata pełnego bożków i bóstw
natury, które czcił po powrocie do domu. Podczas tej godziny żył innym życiem w
innym świecie. W całkowitej tajemnicy.
Sielankę przerwało gwałtowne uderzenie wyrzutów sumienia –
jak mógł być tak samolubny i tę wspaniałą tajemnicę trzymać dla siebie, jeżeli
mógł dać szansę poznania Chrystusa także rodzicom, kolegom i wszystkim w
wiosce! Aha, no tak, przecież zabronili
nam tego. Co mogą mi zrobić, jeśli się dowiedzą? A z drugiej strony… Powinienem
chociaż dać im szansę, niech przyjdą na mszę, a nuż ich przekonam.
I w ten sposób ośmiolatek stanął w obliczu zadania: co
zrobić, aby przekonać mieszkańców do
chrześcijaństwa? Głowił się i rozmyślał nocami, próbował złożyć jakiś w miarę
klarowny plan działania. W końcu, pewnej nocy, gdy leżał pod wspólnym
gwiaździstym baldachimem ludzkości, na jego buzię wpełznął przebiegły
uśmieszek…
***
Pewna kronika polska z późniejszych czasów wspomina o pewnej
wiosce w kraju Polan, którzy, oprócz wielu, wielu innych, najbardziej
przyczynili się do chrystianizacji przyszłej Polski, a jako rzecz niespotykaną
podaje, iż mieszkańcy owej wioski nigdy w swej walce o wiarę, którą przyjęli,
nie użyli siły.
Jak im się to udało,
mógłby ktoś spytać… Powiedzmy, że na początku zmieszali dużą miarkę OTWARTOŚCI
na to, co obce ze zwykłą dziecięcą CIEKAWOŚCIĄ. Połączyli to z odrobiną
SZACUNKU, szczyptą TOLERANCJI, a całość przyprawili DIALOGIEM.
KONIEC
/Chociaż… Na tym wcale nie musi się
skończyć. Kontynuację możemy napisać my sami. Może nie tyle samej historii, ale
swoim życiem możemy zbudować epilog. Pamiętajmy więc, że mimo upływu tych
wszystkich stuleci, te wartości wcale się nie zatarły, nie straciły na
znaczeniu, całkowicie aktualne są do dziś, a my możemy to potwierdzić. Musimy
tylko chcieć wprowadzić je w swoje życie/


Przeczytałam z przyjemnością, może z prac konkursowych powstanie jakaś ciekawa antologia?
OdpowiedzUsuńPamiętam, że gdy byłam dzieckiem też lubiłam te wszystkie elementy mszy i czynności duchownych, nawet zakonnicą chciałam zostać, bo strój mi się podobał...
Pięknie napisałaś zakończenie, ale ja dodam przekornie: good people are good people and religion has nothing to do with it.(J.Picoult)
Być może... W przyszłości ;) Ciekawa sentencja. Gdy ja byłam mała, sprawy kościelne niezbyt mnie interesowały, bardziej nudziły niż ciekawiły.
UsuńA fajny strój to iście oryginalny argument, żeby zakonnica zostać ;) Chociaż w młodym wieku pomysły rozmaite potrafią się przyplątać ;)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńPrzepiękna praca! Jestem zachwycona!
OdpowiedzUsuńMiło mi ;) Wpadnę do Ciebie, może też się zachwycę?
Usuń