Konkretny wyjazd, który mam na myśli miał miejsce jakoś przed świętami, jechaliśmy do Częstochowy. Jako statystyczny mieszkaniec Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej miałam całe pięćdziesiąt minut jazdy. Cóż, wolę dłuższe odcinki, ale i tym razem nie wybrzydzam. Poniżej dzieje wspomnianych wojaży.
Przez tanie słuchawki dobiegają nuty Metalliki, za to z radia niemal na cały regulator leci świąteczna melodyjka z rodzaju tych, które pozostają w głowie do samego końca dnia. Hmmm, takie wysmakowane połączenia niestety nie w moim guście. Brzmi to niczym jakaś groteskowa mieszanka losowych dźwięków. Zapewne dlatego, że na słuchawki nie wyłożyłam majątku. Teraz daje to o sobie znać.
Droga jest kilku pasmowa, więc mijają nas też inne samochody. Gdy niespodziewanie zrównujemy się na dłuższą chwilę z innym samochodem, postanawiam zajrzeć do małego światka w środku. Zdaje się, że to jakoweś małżeństwo, z tyłu za nimi siedzi dziewczynka z dwoma słodkimi blond kucykami uczesanymi równo po bokach głowy. Nawiązujemy kontakt wzrokowy, na sekundę, nie więcej. Lustruję ludzi - gdy na nich patrzę, moja niepierwszej nowości bluza w porównaniu wypada jeszcze mniej markowo niż zwykle. Wyższe sfery, oceniam szybko, a oni w chwili i niespodziewanie nas wyprzedzają i koniec.
Długo nie cieszę się tą żałosną zasłoną, bo mama (kierowca) każe mi przetrzeć szybę. No tak, ale ze mnie egoistka. Nie mogąc się dłużej przed tym bronić, zwracam wzrok na landszaft.
Może i niepiękny, acz jaki inspirujący! - zauważam dopiero teraz.
Dużą część scenerii zajmują łąki - twory Wielkiej Natury, które człowiekowi są potrzebne jedynie do postawienia tandetnych bilboardów. Tylko do tego potrafią je wykorzystać, cóż, mamy to, na co pozwala kreatywność. Albo środki finansowe, kto wie. Biedni, płacą za wynajem ciężkie pieniądze najwyraźniej nie mając świadomości, że na ich wytwory mało kto zwraca uwagę.
Jedziemy dalej. Tutaj znów rośnie lasek brzozowy - drzewka skazane na smoliste spaliny zamiast powietrza. Od dołu okopcone - czyżby ktoś wypalał trawy? Hmmmm... Trochę przypominają mi laski w czarnych rajtuzach. Tlenione, jasne włosy, krótkie spódniczki i czarne rajtuzy. Inspirujące skojarzenia, uwielbiam to.
Niestety, przez zielone słuchawki przebija się głos babci, że dojeżdżamy. Nagle oblewa mnie to dziwne napięcie, co zawsze - niby chcę dojechać, nienawidzę trwonić czasu w zamkniętej kabinie samochodu, takie nieproduktywne! Ale też i nie chcę dotrzeć do tego celu, bo dojazd oznacza, że najlepsza część podróży się skończyła. Nie lubię zaczynać od najlepszego - najlepsze zawsze zostawiam na koniec.
Jeszcze szybka kalkulacja - mam całe dziewięć minut, co w przeliczeniu daje calutkie dwie piosenki. Bez paniki. Szybki ruch palca po ekranie i oczywisty wybór - Nirvana, potem Awolnation.
I koniec. Ende. W ten sposób "akt" wysiadania z samochodu nabiera symboliki - siadam cała zwykła, wstaję z głową nabitą pomysłami, setką nowych opowiadań i esejów, złotych myśli. Bogatsza o konkluzje na temat wszystkiego. A to wszystko zapisane w "Notatkach", mini aplikacji w telefonie, bez której bym się zgubiła. W plątaninie własnych myśli.
Przez tanie słuchawki dobiegają nuty Metalliki, za to z radia niemal na cały regulator leci świąteczna melodyjka z rodzaju tych, które pozostają w głowie do samego końca dnia. Hmmm, takie wysmakowane połączenia niestety nie w moim guście. Brzmi to niczym jakaś groteskowa mieszanka losowych dźwięków. Zapewne dlatego, że na słuchawki nie wyłożyłam majątku. Teraz daje to o sobie znać.
Droga jest kilku pasmowa, więc mijają nas też inne samochody. Gdy niespodziewanie zrównujemy się na dłuższą chwilę z innym samochodem, postanawiam zajrzeć do małego światka w środku. Zdaje się, że to jakoweś małżeństwo, z tyłu za nimi siedzi dziewczynka z dwoma słodkimi blond kucykami uczesanymi równo po bokach głowy. Nawiązujemy kontakt wzrokowy, na sekundę, nie więcej. Lustruję ludzi - gdy na nich patrzę, moja niepierwszej nowości bluza w porównaniu wypada jeszcze mniej markowo niż zwykle. Wyższe sfery, oceniam szybko, a oni w chwili i niespodziewanie nas wyprzedzają i koniec.
Pogoda jest wyjątkowo paskudna - ciężkie, jak z ołowiu chmury prawie ścielą się po obrzydliwie mokrej ziemi, grożąc jeszcze jednym deszczem. Widoki z okna na tej trasie też nie są za ciekawe, dlatego gdy szyba wreszcie paruje od oddechów wcale jej nie przecieram. Daje to chociaż częściową zaporę od aury, która może na prawdę przyprawić o apatię. Jakby niebo miało depresję.
Długo nie cieszę się tą żałosną zasłoną, bo mama (kierowca) każe mi przetrzeć szybę. No tak, ale ze mnie egoistka. Nie mogąc się dłużej przed tym bronić, zwracam wzrok na landszaft.
Może i niepiękny, acz jaki inspirujący! - zauważam dopiero teraz.
Dużą część scenerii zajmują łąki - twory Wielkiej Natury, które człowiekowi są potrzebne jedynie do postawienia tandetnych bilboardów. Tylko do tego potrafią je wykorzystać, cóż, mamy to, na co pozwala kreatywność. Albo środki finansowe, kto wie. Biedni, płacą za wynajem ciężkie pieniądze najwyraźniej nie mając świadomości, że na ich wytwory mało kto zwraca uwagę.
Jedziemy dalej. Tutaj znów rośnie lasek brzozowy - drzewka skazane na smoliste spaliny zamiast powietrza. Od dołu okopcone - czyżby ktoś wypalał trawy? Hmmmm... Trochę przypominają mi laski w czarnych rajtuzach. Tlenione, jasne włosy, krótkie spódniczki i czarne rajtuzy. Inspirujące skojarzenia, uwielbiam to.
Niestety, przez zielone słuchawki przebija się głos babci, że dojeżdżamy. Nagle oblewa mnie to dziwne napięcie, co zawsze - niby chcę dojechać, nienawidzę trwonić czasu w zamkniętej kabinie samochodu, takie nieproduktywne! Ale też i nie chcę dotrzeć do tego celu, bo dojazd oznacza, że najlepsza część podróży się skończyła. Nie lubię zaczynać od najlepszego - najlepsze zawsze zostawiam na koniec.
Jeszcze szybka kalkulacja - mam całe dziewięć minut, co w przeliczeniu daje calutkie dwie piosenki. Bez paniki. Szybki ruch palca po ekranie i oczywisty wybór - Nirvana, potem Awolnation.
I koniec. Ende. W ten sposób "akt" wysiadania z samochodu nabiera symboliki - siadam cała zwykła, wstaję z głową nabitą pomysłami, setką nowych opowiadań i esejów, złotych myśli. Bogatsza o konkluzje na temat wszystkiego. A to wszystko zapisane w "Notatkach", mini aplikacji w telefonie, bez której bym się zgubiła. W plątaninie własnych myśli.
Widzę zmiany w grafice, chyba lepiej, jak dla mnie...
OdpowiedzUsuńMasz rację, że sama podróż też bywa bardzo ciekawa, ja jestem zawsze pasażerem, czasem pilotem , bo nie mam prawa jazdy i dzięki temu mogę obserwować świat za oknem i często do głowy wpadają różne rzeczy...
Pozdrawiam:-)
No zmiany, zmiany... Owoc zbyt dużej ilości czasu, ale cieszę się, że Ci się podoba! Ja też (jeszcze) zawsze jako pasażer, ale tak sobie myślę, że gdy zdobędę już to prawo jazdy, będzie mi bardzo brakowało tego rozmyślania zza okna. Hmm... Może znajdzie się ktoś, kto w prowadzeniu samochodu mnie wyręczy? Pozdrowionka cieplutkie ;)
UsuńFajna zmiana :) Odkąd pamiętam, zawsze kochałam jeździć samochodem. Kiedy zamknięta bezpiecznie w tym urządzaniu na kółkach przemieżam szmat drogi, a za oknem lecą krajobrazy. Miże jestem za staromodna, nie wiem, ale przy sobie mam zawsze pewien czarny notesik, skarbiec pomysłów, w szkole sposób na nudę. Ja zamiast muzyki z telefonu mam książki, ilość zależy od długości jazdy, przeważnie jedna, najwiecej 3. Pomijając fakt, że w walizce mam spakowane dodatkowe pięć...
OdpowiedzUsuńSzczerze powiedziawszy, od dawna poluję na taki notesik, tylko nie mogę znaleźć mieszczącego się w kieszeni... Chyba masz rację, zapomniałam o książkach! Ja też kocham zabierać je w podróż, ale robię to raczej na dłuższe wyjazdy, marne pięćdziesiąt minut nawet nie starczy, by dobrze wczytać się w akcję...
UsuńJa mój mam zwykle w plecaku albo w torebce, ale takiego jak mój, to już chyba nigdzie nie znajdę :( Jak mnie pamięć nie myli, to był dołączony do plecaka, który kupowałam w pierwszej klasie, tylko jakimś cudem o nim zapomniałam...
UsuńŻe też o tym nie pomyślałam :o szkoda, że torebek nie posiadam, a plecak tylko w szkole :)
UsuńDobra, przyznaję się... Torebka to za dużo powiedziane ;) torebeczka akurat taka, w której mieści się notesik, telefon i długopis. A i tak gdzieś leży i się kurzy...
UsuńTorebka-leży i się kurzy, nie notesik ;)
UsuńWitaj,
OdpowiedzUsuńDziękuję za opinię na temat mojego opowiadania. Jestem Ci za to bardzo wdzięczna! Cieszę się, że podoba Ci się mój styl pisania.
Pojawiła się już druga, ostatnia część „Ściany”, więc pomyślałam, że Cię zaproszę.
www.opowiesci-sovbedlly.blogspot.com
Pozdrawiam!
Oczywiście wpadnę!
UsuńWitaj! Jakiś czas temu odwiedziłaś mojego bloga, dzisiaj ja wpadłam do Ciebie. Miło tu:) Zabawne, ja dzisiaj też piszę o podróżach (jeszcze nie publikuję, bo muszę wstawić fotki, a mam z tym chwilowo problem). Podoba mi się, że ze zwykłej podróży samochodem uczyniłaś festiwal możliwości i masz oczy otwarte na wszystko co wokół. Ja ostatnio głównie jako kierowca, więc nie mam zbyt wielu spostrzeżeń. Fajnie, że zapisujesz na bieżąco swoje spostrzeżenia. Ile moich myśli niezapisanych uciekło bezpowrotnie? Z pewnością wiele! Pozdrawiam;) Zapraszam jakbyś miała czas i ochotę: http://the-treasure-is-mine.blog.onet.pl/, a to mówiłam ja- specificity
OdpowiedzUsuńWejdę poczytać!Z tego względu szkoda mi kierowców - nie mają czasu na takie myśli. A zapisywanie myśli, mimo, że czasem uciążliwe, może być też fajne - miło się z kimś nimi podzielić, a gdy można czytać takie komentarze, robi się podwójnie miło!
Usuńteż lubię jeździć, choć dużo też zależy od towarzystwa. lubię np. często kursujące busy relacji Kraków - Katowice, bo zawsze mam miejsce siedzące, nigdy nie biorą więcej pasażerów, bo następny podjeżdża błyskawicznie. można obserwować, słuchać muzyki. za to nie lubię powrotnego Zabrze - Kraków, zawsze zapchany, nie tylko ludźmi ale i bagażami, trzeba myśleć o pilnowaniu swoich rzeczy, a nie o podziwianiu świata :/
OdpowiedzUsuń