sobota, 7 listopada 2015

Pierwsze opowiadanie odc. 3

Ale Amy nie była większością ludzi. Była po prostu egoistką na potęgę, a w zaistniałej sytuacji dostrzegła jedynie pozytywy - a właściwie jeden - żyje. Nic innego nie miało w tamtej chwili znaczenia - tylko własny żywot cudem ocalały od huraganu. Chciała skakać z radości, krzyczeć i ogłosić to całemu światu. Tyle, że on już niestety nie istniał. Tylko ona i zmurszałe drzewo. Był jeszcze jeden problem - a mianowicie - odkryła, że nie może się ruszać. Zastygła więc w idiotycznym uśmiechu i wysoko uniesionymi w geście zdziwienia brwiami koloru mahoniowego brązu. Najmodniejsze w tym sezonie. Ale co z tego, że ma się mahoniowe brwi, piękne paznokcie i wypielęgnowane włosy, poddawane co rusz najnowszym zabiegom upiększającym, jeśli sterczy się w fosforyzującej bańce po końcu świata i nie można nawet kiwnąć palcem? Jakie to uczucie? My pewnie nigdy się nie dowiemy, bowiem nie na co dzień można się znaleźć w tak pożałowania godnej sytuacji, ale Amy Sharon wiedziała to aż za dobrze, gdyż pierwsza fala iście egoistycznej radości ustąpiła zimnemu realizmowi, który u niej przybrał formę ostrego spaczenia zawodowego. Zapewne gdyby teraz zobaczył ją ktoś z dosyć licznego zastępu osób, które oszukała, poczułby chłodną satysfakcję. Mówię tutaj o tym rodzaju satysfakcji, do którego wstyd się przyznać, aczkolwiek nie ma osoby, która nie czułaby jej chociaż raz w życiu. Ale Amy nie było do śmiechu. Gdyby mogła, wyciągnęłaby telefon, którego ciężar przecież czuła w tylnej kieszeni i spróbowała zadzwoniń po pomoc. Tak, na pewno spróbowałaby sprowadzić pomoc. Co jednak, gdyby słuchawka odpowiedziała tylko głuchym sygnałem oczekiwania? Co wtedy by zrobiła? Jednak nie musiała się nad tym zastanawiać, bo nowiutki, choć teraz bezużyteczny Iphone nieustępliwie i uparcie pozostawał  w jednym miejscu.

Powoli zaczynały już jej tężeć mięśnie i na twarz i plecy zaczynały spływać pierwsze kropelki potu. Nic dziwnego, ile już tam stała? godzinę, dwie? Była przerażona już nie na żarty. Ale sytuacja za chwilę miała zmienić swój charakter na nieco bardziej dynamiczny. Niestety, nie będzie to zmiana na lepsze.

Robaki. Pełno robaków. Zaczęło się od jednego, jak gdyby nigdy nic  por prostu w którymś momencie wypełznął z jabłka w koszu. Potem poczęły wyłazić zewsząd, z pnia drzewa, jego liści a nawet z ziemi. Robactwo różnej maści, od malutkich pcheł i pluskiew niewinnie łaskoczących ciało, przez skolopendry i mrówki aż do wszelkiego rodzaju glizd i dżdżownic różnych rozmiarów. Mnożyły się w niewyobrażalnym tempie, za szybkim jak na stworzenia tego świata. Najgorsze były te latające, szczękające twardymi pokrywami skrzydeł, niby pancerzami. Chitynowe pancerze, skrzydła i oślizgłe ciała - to było to, czego pani Sharon bała się najbardziej. Powoli wypełniały każdy z niewielu metrów kwadratowych przestrzeni uchronionej od końca świata, tylko patrzeć, jak dostaną się do uszu, nosa, gardła... Te najcięższe spadały z drzewa, nieszczęśliwie usytuowanego nad nieszczęśnicą, niby ohydny deszcz, a kiedy pojawiły się te...

Otworzyła oczy, cała zlana potem. Jedwabna pościel była pomięta w cały świat, nie mówiąc już o drogiej koszuli nocnej z czystego alabastru. Już wiedziała, co ją obudziło.

c.d.n.

Jeśli moje opowiadanie Ci się spodobało, proszę o komentarze! Bardzo chciałabym wiedzieć, co sądzicie o mojej twórczości, gdyż na razie było mi dane znać tylko opinie mojej siostry - niezłomnego recenzenta, czytelnika i krytyka ;). Zapraszam do komentowania i dalszego śledzenia losów bohaterki! ;))

2 komentarze:

  1. Najlepsze opowiadanie jak na razie ; )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki dzięki :) zapraszam do śledzenia drugiego :))

      Usuń