- Głupie! A kto zaniesie kosze? - krzyczała za nimi, ale i tak musiała sama wziąć się za przenoszenie nadwątlonej wikliny wraz z jadalną zawartością. Przez jej głowę przemknęła myśl, krótka i przelotna, a jakże wyświechtana, że wszystko, co dobre, kiedyś się kończy, Istotnie, pogoda z tak pięknej znów powróci do londyńskiej normy, zwykłej, szaro-brudno-błotnisto-zimnej pluchy, tak typowej dla tej części świata. "Ejże, a skąd na obrzeżach Londynu to miejsce? A ta pogoda?... Co się dzieje i co to ma w ogóle być!?" - pytała samą siebie na głos, lecz odpowiedział jej tylko ryk nadciągającej nawałnicy, która pojawiwszy się znikąd, nacierała teraz nań z całą mocą. Komórka burzowa powiększała się w zastraszającym tempie, Amy straciła już nadzieję na to, że zdąży uciec nieubłaganej pogodzie. Pierwsze krople już zaznaczyły swoją obecność na jej pieczołowicie układanych kasztanowych włosach długości do ramion, a przejmujący chłód sprawił, że grabiały jej palce z paznokciami "zrobionymi" u kosmetyczki za niebotyczną sumę. I dlaczego w ogóle pracuje w ogrodzie? W jedwabnych, nowiutkich spodniach od projektanta, manicurem i z ułożonymi włosami? Amy Sharon, szanująca się bizneswoman z willi z peryferii Londynu?
Ale nie było czasu na jałowe przemyślenia, gdyż piorun, uderzywszy niebezpiecznie blisko, rozpoczynał demonstrację sił natury. Amy przygotowała się mentalnie na to, co miało nieuchronnie nadejść , już była gotowa na zmiecenie z powierzchni ziemi przez huragan, potężny wiatr niosący ze sobą masę pyłu i piasku. Pylista chmura zbliżała się do pani Sharon, nie zważając na światowej klasy bizneswoman, czołową osobistość świata biznesu. Nie, to już nie miało znaczenia. Śmierć nie patrzy na status społeczny, stan majątkowy i inne duperele świata materialnego. Dosięga wszystkich tak samo i bezwzględnie.
Żona Gustava Sharona nigdy wcześniej nie podejrzewała, że zobaczy coś przeczącego wszelkim prawom fizyki i zdrowemu rozsądkowi, była zagorzałą realistką i sceptyczką, a jedynymi poglądami, niemal religią, jaką wyznawała były pieniądze i statystyki. Jednak gdzieś musiało jej być pisane taką rzecz zobaczyć. Oto huraganowa chmura pyłu, piasku, odłamków i Bóg wie czego jeszcze, pędzona wiatrem, ku zdziwieniu niedoszłej ofiary, zaczęła formować nad nią kopułę. Owszem, poruszała się nadal tak samo, z tą samą prędkością i niszczycielską mocą, ale nie imała się fosforyzującej czerwonawym blaskiem kopuły, niby dachu ocalenia od pożogi, obejmującym jedynie delikwentkę, stare drzewo, i kosz jabłek. Ławki nie było. W tamtej chwili wydawało się, że wszystko poza obiektami w cudownej czaszy zostało doszczętnie zdegradowane. W takiej sytuacji większość ludzi miałaby konkretne powody do załamania, między innymi: hipotetyczny koniec świata czy uwięzienie w niewiadomego pochodzenia bańce z zapasem jabłek. I robakiem. Z jabłka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz