Axel, biały jak śnieg maltańczyk, z donośnym, jak na te rozmiary głosem. Ulubiona rasa pani domu. Pies niemalże ją ubóstwiał, przychodził na każde zawołanie, wykonywał wszystkie komendy. Z wzajemnością z resztą, gdyż Amy wszystko, co działo się w domu podporządkowywała pieskowi.
Musiało być późno, bo miska psa oraz wszystkie przedmioty w jej okolicy były porozrzucane i powywracane. Zapewne rozpieszczone zwierzę zdążyło porządnie zgłodnieć, więc postanowiło dać to do zrozumienia swojej pani. A skoro jedzenie nie nadchodziło, postanowił obudzić właścicielkę.
Rzeczona właścicielka tylko psy kochała bardziej od pieniędzy. O maltańczyku marzyła od zawsze, a jak wiedzą wszyscy, którzy ją znają - zawsze dostaje to, co chce. Dopięła więc swego w dzień, kiedy go przygarnęła. Teraz jej uczucie do psa wzrosło minimum dwukrotnie po tym, jak obudził ją z tego snu, który jak mniemała, będzie pamiętać do końca życia jako najgorszy.
Napełniając kosztowną miskę po uprzednim jej wytarciu z niewidzialnych brudów podłogi, myślała o koszmarze zeszłej nocy. Zastanowiła się, jak głupi sen może być taki realistyczny. Była tak dogłębnie i święcie przekonana, że ogródek, jabłoń i luksusowa willa należą do niej. To ostatnie akurat należało, choć nieco inne niż we śnie. Może zakończenie snu było swoistą karą za pożądanie tego wszystkiego? Jakby najpierw została skuszona na bogactwo, a potem za to osądzona. Jednego była pewna - nie chce, by tego typu marzenie senne jeszcze choć raz się powtórzyło. Trzeba wrócić do codzienności, tej zwykłej, szarej i jakże znajomej londyńskiej szarości mgły i mżawki. Postanowiła nie iść tego dnia do pracy, i tak była już spóźniona o pół godziny, a zanim by się przygotowała, minęłoby też sporo czasu. Dodać do tego czas na dojazd... Nie, wolała wyjść na cały dzień do centrum handlowego, odstresować się. W końcu była ulubienicą szefa, na pewno nie będzie miał jej za złe tej jednodniowej nieobecności, gdy zadzwoni do niego i wystosuje odpowiednią wymówkę. Zaczęła się ubierać, ale podczas wciągania bawełnianej koszuli w etniczne hafty doszła do wniosku, że jednak lepszym pomysłem będzie SPA. W końcu nie codziennie doświadcza się we śnie paraliżu sennego. Z resztą ubrań i wszelkiego rodzaju fatałaszków miała już pełną szafę. Mebel uginał się od ubrań na wszystkie okazje. Mąż prawie codziennie powtarzał jej, aby chociaż część sprzedała, ale tak trudni było z czegokolwiek zrezygnować. Teraz pieniądze zamiast w odzienie wolała zainwestować w urodę. A w końcu miała czym szastać. Dodać do tego jeszcze, że w SPA nie spodziewała się spotkać żadnej z niższej klasy wścibskich pseudo-koleżanek z pracy. W jej opinii żadna nie wyglądała, jakby choć raz tam była.
Do celu miała kawał drogi, a wyświechtane BMW państwa Sharon spoczywało u mechanika. Musiała więc zdecydować się na autobus z przesiadkami. Nie była fanką komunikacji miejskiej, preferowała swoje, niemal sterylnie czyste auto, w którym drobiny kurzu czy innego brudu nie uświadczysz. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Przywdziawszy spodnie (do których miała lekki uraz związany z doświadczeniami podczas poprzedniego pamiętnego snu) i koszulę w etniczne hafty Amy wyszła z domu wyjątkowo zapominając o nakarmieniu psa. Czworonóg jednak dobre wiedział, gdzie jego pani trzyma jedzenie, więc można było się domyślić, a nawet być pewnym, że zwierzaka nie zmorzy głód, a właścicielka nie będzie zadowolona skutkami wymuszonej samowystarczalności psa w zakresie zdobywania pożywienia. Jednym słowem: sam postara się o jedzenie nie zważając swoim zwyczajem na to, w jakim pozostawi szafki oraz ich zawartość.
Na autobus poczekała jeszcze kilka minut, po czym na czerwony londyński przystanek zajechał double decker w tym samym kolorze. Wsiadła i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz