piątek, 30 października 2015

Pierwsze opowiadanie - Odc. 1 Początek

Amy Sharon zrywała truskawki. Wielkie, czerwone, truskawki wielkości pięści dziecka. Zapełniała drugi przepastny wiklinowy kosz tymi owocami, ale grządka nie kończyła się. Za chwilę weźmie się za buraki. Były równie dorodne, co truskawki. Spróbowała jednej, a jej smak był nie do opisania. Pstryknęła palcami, a obok niej zmaterializowała się dziewczynka. w skromnej, białej sukience. "Zmaterializowała" to złe określenie, gdyż służebna bezimienna dziewczynka nie była żadną pozaziemską istotą ani jej rodzajem - była po prostu dobrze wyszkoloną służącą. Cichego chodu, przewidywania potrzeb pani lub pana domu uczyła się prawie od urodzenia. Nie rozumiała, dlaczego Pani Sharon nie chce pomocy w obrządzaniu ogródka, choć Pani mówiła - "to dla przyjemności. Nie martw się, mam dla ciebie masę innych zadań" - nie omieszkała uszczypliwie dodać na końcu zdania. Ale dziewczynka nie zważała na nieuprzejmy ton w głosie. Było to czymś całkowicie naturalnym, bo przecież wystarczająco przewiniła w ogóle podważając jej decyzję.

Amy podniosła się z klęczek i otrzepała z ziemi jedwabne spodnie. Endorfiny zaczynały działać - humor jej się poprawiał. Pogoda była idealna - temperatura powietrza oscylująca w granicach 25 - 30 stopni, lekkie, ożywcze podmuchy wiatru, a na niebie żadnej chmurki. No, może za wyjątkiem samotnego cumulonimbusa, zwiastującego odległą burzę lub deszcz. Ale to był niezbyt zwracający uwagę szczegół, którym postanowiła się nie przejmować. Bez znaczenia, skoro na razie nie pada.
Trzeba się z tego cieszyć -
myślała Amy powracając do pracy. Kazała małej odnieść kosze (nadzwyczaj lekkie, jeśli mieć na uwadze stopień zapełnienia) i postawić w przestronnym hallu jej willi.

 Postanowiła popracować jeszcze chwilę, by wykorzystać pogodę w stu procentach. Przywdziewając rękawiczki spoglądała na siedemdziesięcioletnią jabłoń ocieniającą najwidoczniej tak samo starą ławkę z obdrapaną farbą w kolorze szarawej bieli. Z wiekowego drzewa zwieszały się owoce. Ogromne, szkarłatne, krwisto-złote jabłka uginały swoim ciężarem omszałe konary. Drzewo zdawało się ledwo trzymać pod naporem słodkiego dobra, aż serce się krajało, gdy Amy pomyślała, że strącone burzą owoce mogą spaść na ziemię i poobtłukiwać szlachetne wnętrze. Postanowiła ulżyć drzewu i poleciła innym służącym pozrywać tyle jabłek, ile uniosą ( a była pewna, że to nie będą wszystkie) i poznosiły do hallu. Już miała powracać do pracy, gdy kątem oka dostrzegła, że cumulonimbus przybrał dziwną barwę. I że już nie był taki samotny...

Od zachodu spiętrzały się biało-granatowe obłoki, zdawało się, że zaraz coś rozerwie tamtą część nieba, że chmury posypią się deszczem - milionami mokrych kawałków. "No nic, koniec pogody" - pomyślała ze stoickim spokojem. Pierwsze pioruny już atakowały ziemię nieopodal zabójczymi ładunkami elektryczności os zachodu. Dziewczynki uciekły w popłochu w kierunku domu.



Jesteś ciekawy dalszego rozwoju wypadków? Śledź mojego bloga, a niebawem pojawi się kolejny odcinek opowiadania. W planach także następne historie ;))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz